Zamieszczam artykuł z pewnej książki, którą właśnie czytam, a który rozbawił mnie do łez.
Odnosi się do tematu opisującego jak to osoby przekazujące złe wieści są z nimi utożsamiane, nawet jeśli nie mają z nimi nic wspólnego. Żywy przykład? - Progności pogody.
Nie pomyślałabym, że mogą mieć taki problemy... :D
środa, 29 grudnia 2010
wtorek, 28 grudnia 2010
Opowiem Wam to śpiewająco...
Tak się czasem zastanawiam czy ktoś mi nie podstawia tych ludzi w autobusach, tramwajach etc...
Na dowód historia...
Wsiadam pod Galerią Krakowską do autobusu 304. Ponieważ to "pętla" autobus czeka jeszcze te 5 min do odjazdu... W międzyczasie przychodzi młody pan (lat koło 30) i siada przede mną tyłem do mnie. Nagle odwraca się z zapytaniem:
Pan: Czy pani wie o której on odjeżdża?
Ja: 21:25
Pan: Aha.
Ja:...
Pan: A dawno przyjechał?
Ja:...dopiero co
Pan: Aha... [potakując głową] bo on tu ma krótkie postoje. Dłuższe ma w Wieliczce. Ale za to tu stoi zwykle tak z 10 min.
Ja:...
Pan: ...O tak. Zdecydowanie 10 min. Krótki tu stoi. W Wieliczce zdecydowanie dłużej.
Temat jest dla mnie niezmiernie nurtujący. Jednak bezczelnie udaję, że piszę smsa. Nie komentuję. Toteż i pan po pewnym czasie się "uspokaja", by powrócić z pytaniem:
Pan: A gdzie on się zatrzymuje na końcu w Wieliczce?
Ja: Nie wiem...
Pan: No gdzie ta pętla jest? Na Asnyka?
Ja: Szczerze? Nie mam POJĘCIA.
Pan [do siebie]: Raczej na Asnyka... Chyba, że to Gdowska... Nie raczej Asnyka...
Ja: NIE WIEM.... Na pewno za rynkiem
Pan: To oczywiste, że za rynkiem.
Ja:...
Po kliku minutach odzywa się automat...
Automat: "Linia 304. Kierunek Wieliczka..."
Pan: To znaczy, że jest 25 po.
Myślę, "uff, bez tej informacji mogłabym się nie odnaleźć i nie wiedzieć czemu autobus rusza".
Jedziemy. Udaję, że piszę smsa za smsem (zresztą 3 już i tak zdążyłam wysłać do Patysio z zapytaniem czy ten film - Mr Nobody - z którego wydawało mi się, że wracam, nadal trwa, ponieważ wydaje mi się, że w tej chwili rzeczywistość mi najbliższa odznacza się równym brakiem logiki).
Mijamy kilka przystanków. Teoretycznie w ciszy. Choć widzę, że pan ma jakieś nerwowe odruchy i ledwo może usiedzieć.... I faktycznie nie wytrzymuje, odwracając się w tył i że to niby przyglądając raz i drugi i trzeci pięknemu krajobrazowi miasta Kraków....
Udaję, że piszę smsa... (ale też ileż można pisać smsa?) Jednak małoskuteczny sposób. Pan odwraca się po raz trzeci aby zapytać:
Pan: Czy chciałaby pani śpiewać w chórze?
Ja: ?! [let me think...] Nie?...
Pan: Alt? Sopran?
Ja: ?!
Pan: Czyli nic z tych rzeczy...
Jednak chyba śnię... Niech mnie ktoś uszczypnie...
Pan: Nie śpiewała kiedyś pani w chórze, scholi, kościele??
Ja: NIE.
Pan: I nie chciałaby pani?
Ja: NIE. NIE MAM GŁOSU!
Pan: A pani studiuje?
Ja: Nie
Pan: Jeszcze nie, czy już nie?
Ja: Już nie
Pan: To w takim razie chór dla absolwentów...
Ja: Przecież mówię, że... NIE MAM GŁOSU.
Pan:Uhm... Tam nie ma przesłuchań!
Ja: Nie DZIĘKUJĘ.
Pan: Ten chór jest mieszany. Jest tam wiele pań. Wszystkie są śliczne... A i pani by nie odbiegała...
Ja: [w myślach chwytam się za głowę]
Przez kolejne przystanki nasłuchałam się jeszcze wielu innych wspaniałych argumentów nt tego dlaczego warto śpiewać w chórze m.in:
1. Bo pan był w Schanghaju
2. Bo pan w tym roku leci do Mechico city
3. Bo pan był w Madrycie...
Znam też dokładne godziny prób chóru. Jakie dni, kiedy sami mężczyźni, kiedy same kobiety, kiedy wszyscy razem...
Miałam też lekcję geografii i kulturoznawstwa.
Film, z którego wracałam mówił o wyborach. Pomijam oczywiście ocenę tego filmu, jednak generalne przesłanie dot. tego, że zależności od tego jakiego wyboru dokonasz będziesz wieść inne życie. Toteż teraz teraz jak mi się coś nie uda pomyślę z wyrzutem: "a mogłam być teraz w Schanghaju!"
Na dowód historia...
Wsiadam pod Galerią Krakowską do autobusu 304. Ponieważ to "pętla" autobus czeka jeszcze te 5 min do odjazdu... W międzyczasie przychodzi młody pan (lat koło 30) i siada przede mną tyłem do mnie. Nagle odwraca się z zapytaniem:
Pan: Czy pani wie o której on odjeżdża?
Ja: 21:25
Pan: Aha.
Ja:...
Pan: A dawno przyjechał?
Ja:...dopiero co
Pan: Aha... [potakując głową] bo on tu ma krótkie postoje. Dłuższe ma w Wieliczce. Ale za to tu stoi zwykle tak z 10 min.
Ja:...
Pan: ...O tak. Zdecydowanie 10 min. Krótki tu stoi. W Wieliczce zdecydowanie dłużej.
Temat jest dla mnie niezmiernie nurtujący. Jednak bezczelnie udaję, że piszę smsa. Nie komentuję. Toteż i pan po pewnym czasie się "uspokaja", by powrócić z pytaniem:
Pan: A gdzie on się zatrzymuje na końcu w Wieliczce?
Ja: Nie wiem...
Pan: No gdzie ta pętla jest? Na Asnyka?
Ja: Szczerze? Nie mam POJĘCIA.
Pan [do siebie]: Raczej na Asnyka... Chyba, że to Gdowska... Nie raczej Asnyka...
Ja: NIE WIEM.... Na pewno za rynkiem
Pan: To oczywiste, że za rynkiem.
Ja:...
Po kliku minutach odzywa się automat...
Automat: "Linia 304. Kierunek Wieliczka..."
Pan: To znaczy, że jest 25 po.
Myślę, "uff, bez tej informacji mogłabym się nie odnaleźć i nie wiedzieć czemu autobus rusza".
Jedziemy. Udaję, że piszę smsa za smsem (zresztą 3 już i tak zdążyłam wysłać do Patysio z zapytaniem czy ten film - Mr Nobody - z którego wydawało mi się, że wracam, nadal trwa, ponieważ wydaje mi się, że w tej chwili rzeczywistość mi najbliższa odznacza się równym brakiem logiki).
Mijamy kilka przystanków. Teoretycznie w ciszy. Choć widzę, że pan ma jakieś nerwowe odruchy i ledwo może usiedzieć.... I faktycznie nie wytrzymuje, odwracając się w tył i że to niby przyglądając raz i drugi i trzeci pięknemu krajobrazowi miasta Kraków....
Udaję, że piszę smsa... (ale też ileż można pisać smsa?) Jednak małoskuteczny sposób. Pan odwraca się po raz trzeci aby zapytać:
Pan: Czy chciałaby pani śpiewać w chórze?
Ja: ?! [let me think...] Nie?...
Pan: Alt? Sopran?
Ja: ?!
Pan: Czyli nic z tych rzeczy...
Jednak chyba śnię... Niech mnie ktoś uszczypnie...
Pan: Nie śpiewała kiedyś pani w chórze, scholi, kościele??
Ja: NIE.
Pan: I nie chciałaby pani?
Ja: NIE. NIE MAM GŁOSU!
Pan: A pani studiuje?
Ja: Nie
Pan: Jeszcze nie, czy już nie?
Ja: Już nie
Pan: To w takim razie chór dla absolwentów...
Ja: Przecież mówię, że... NIE MAM GŁOSU.
Pan:Uhm... Tam nie ma przesłuchań!
Ja: Nie DZIĘKUJĘ.
Pan: Ten chór jest mieszany. Jest tam wiele pań. Wszystkie są śliczne... A i pani by nie odbiegała...
Ja: [w myślach chwytam się za głowę]
Przez kolejne przystanki nasłuchałam się jeszcze wielu innych wspaniałych argumentów nt tego dlaczego warto śpiewać w chórze m.in:
1. Bo pan był w Schanghaju
2. Bo pan w tym roku leci do Mechico city
3. Bo pan był w Madrycie...
Znam też dokładne godziny prób chóru. Jakie dni, kiedy sami mężczyźni, kiedy same kobiety, kiedy wszyscy razem...
Miałam też lekcję geografii i kulturoznawstwa.
Film, z którego wracałam mówił o wyborach. Pomijam oczywiście ocenę tego filmu, jednak generalne przesłanie dot. tego, że zależności od tego jakiego wyboru dokonasz będziesz wieść inne życie. Toteż teraz teraz jak mi się coś nie uda pomyślę z wyrzutem: "a mogłam być teraz w Schanghaju!"
czwartek, 23 grudnia 2010
Zabiorę Cię windą w empiku
Rzadko jeżdżę windą w empiku... A tym razem coś mnie podkusiło... Bo akurat byłam na 1szym piętrze. Zrobiłam już zakupy i przechodziłam koło windy, kiedy akurat się otworzyła. Myślę - "1 piętro... ale jak już jest to zjadę". Wsiadam ja i pewna dziewczyna w moim wieku, która pierwsza wciska "0"... Jednak okazuje, że 2 osoby, które już tam były jada na 3cie. "No trudno, to przecież winda - wyjedziemy, zjedziemy..."
Na 3cim wysiadają wspomniane 2 osoby, a wsiada jeszcze pewna para - również w moim wieku oraz babcia. Każdy z nas pokolei wciska "0"... Pokolei? Bo przycisk się nie zaświeca i winda stoi...
Wciskamy, wciskamy (nikomu nie przychodzi nawet do głowy, żeby wysiąść). Komentarze: "a może się zaświeci?", "spróbuj jeszcze raz"... Upływają tak z 2 min, na co odzywa się:
Babcia: ale może trzeba coś.... wcisnąć?
My: cały czas wciskamy...
I wciskamy dalej. Nic nie działa:
Dziewczyna nr 1: ewentualnie... jest też dzwonek :D
Jednak nikt nie wydał na ten pomysł żadnych oznak entuzjazmu... Więc wciskamy dalej...
Dziewczyna nr 2 [do chłopaka nieśmiało...]: a może... schody?
Dziewczyna nr 1: E, może ktoś ściągnie windę z dołu...
Chłopak: Tak, tak, ktoś ściągnie windę...
Babcia: Proszę otworzyć, ja sobie pójdę schodami...
Dziewczyna nr 1 [po tym jak babcia wysiada]: No, może ona nas ściągnie... (:D:D:D)
Stoimy tak jeszcze z minutę, ale nic się nie dzieje.
Dziewczyna nr 1: Ech, przepraszam bardzo - ja się jednak przejdę...
Więc uznajemy, że trudno - wszyscy się przejdziemy.
Wychodząc z windy, mijamy się z pewną Panią, która wsiada. O dziwo, nikomu nie przychodzi do glowy zwrócenie uwagi na "awarię", a wręcz przeciwnie słyszę za sobą głosy:
Dziewczyna zatrzymuje chłopaka wskazając na osobę, która właśnie wsiadła i drzwi się za nią zamknęły:
Dziewczyna nr 2: Zaczekaj! Ja muszę to zobaczyć...
Na 3cim wysiadają wspomniane 2 osoby, a wsiada jeszcze pewna para - również w moim wieku oraz babcia. Każdy z nas pokolei wciska "0"... Pokolei? Bo przycisk się nie zaświeca i winda stoi...
Wciskamy, wciskamy (nikomu nie przychodzi nawet do głowy, żeby wysiąść). Komentarze: "a może się zaświeci?", "spróbuj jeszcze raz"... Upływają tak z 2 min, na co odzywa się:
Babcia: ale może trzeba coś.... wcisnąć?
My: cały czas wciskamy...
I wciskamy dalej. Nic nie działa:
Dziewczyna nr 1: ewentualnie... jest też dzwonek :D
Jednak nikt nie wydał na ten pomysł żadnych oznak entuzjazmu... Więc wciskamy dalej...
Dziewczyna nr 2 [do chłopaka nieśmiało...]: a może... schody?
Dziewczyna nr 1: E, może ktoś ściągnie windę z dołu...
Chłopak: Tak, tak, ktoś ściągnie windę...
Babcia: Proszę otworzyć, ja sobie pójdę schodami...
Dziewczyna nr 1 [po tym jak babcia wysiada]: No, może ona nas ściągnie... (:D:D:D)
Stoimy tak jeszcze z minutę, ale nic się nie dzieje.
Dziewczyna nr 1: Ech, przepraszam bardzo - ja się jednak przejdę...
Więc uznajemy, że trudno - wszyscy się przejdziemy.
Wychodząc z windy, mijamy się z pewną Panią, która wsiada. O dziwo, nikomu nie przychodzi do glowy zwrócenie uwagi na "awarię", a wręcz przeciwnie słyszę za sobą głosy:
Dziewczyna zatrzymuje chłopaka wskazając na osobę, która właśnie wsiadła i drzwi się za nią zamknęły:
Dziewczyna nr 2: Zaczekaj! Ja muszę to zobaczyć...
A co Ty tu chcesz "chłopczyku"?
W pewnej firmie, w pokoju nowego dyrektora działu x odbywa się spotkanie projektowe.
W pewnym momencie pan w wieku starszym otwiera drzwi, w ręku trzyma stertę papierów. Jednak zmieszany najwyraźniej faktem przerwania spotkania, zamyka szybko drzwi bez słowa.
Kontynuujemy.
Po około 0,5 h sytuacja się potwrza. Jednak przed zamknięciem drzwi powstrzymuje starszego pana uwaga:
Dyrektor: Pan do mnie?
Starszy pan: Tak.
Dyrektor: W jakiej sprawie?
Starszy pan: ...mam w zasadzie wiele "spraw".
Dyrektor: Ale o co chodzi?
Starszy pan: ...delegacja
Dyrektor: Ale jaka delegacja?
Starszy pan: y, bo.. o ten Poznań chodzi. Musi mi pan do tego zrobić delegację.
Dyrektor [z lekką pretensją]: Panie, ja 20 lat nie robiłem delegacji!
Starszy pan: ?!
Dyrektor: Ale pan wie o co chodzi?
Starszy pan [ nie rozumie toru rozmowy]: ?!
Dyrektor: To niechże się pan dowie i pan przyjdzie.
Starszy pan ["otrzeźwiały"]: ale JA WIEM o co chodzi
Dyrektor: no to JA do PANA przyjdę!
W pewnym momencie pan w wieku starszym otwiera drzwi, w ręku trzyma stertę papierów. Jednak zmieszany najwyraźniej faktem przerwania spotkania, zamyka szybko drzwi bez słowa.
Kontynuujemy.
Po około 0,5 h sytuacja się potwrza. Jednak przed zamknięciem drzwi powstrzymuje starszego pana uwaga:
Dyrektor: Pan do mnie?
Starszy pan: Tak.
Dyrektor: W jakiej sprawie?
Starszy pan: ...mam w zasadzie wiele "spraw".
Dyrektor: Ale o co chodzi?
Starszy pan: ...delegacja
Dyrektor: Ale jaka delegacja?
Starszy pan: y, bo.. o ten Poznań chodzi. Musi mi pan do tego zrobić delegację.
Dyrektor [z lekką pretensją]: Panie, ja 20 lat nie robiłem delegacji!
Starszy pan: ?!
Dyrektor: Ale pan wie o co chodzi?
Starszy pan [ nie rozumie toru rozmowy]: ?!
Dyrektor: To niechże się pan dowie i pan przyjdzie.
Starszy pan ["otrzeźwiały"]: ale JA WIEM o co chodzi
Dyrektor: no to JA do PANA przyjdę!
niedziela, 5 grudnia 2010
Spienione mleko było
Impreza urodzinowa Koleżanki.
Koleżanka jest zajęta przyjmowaniem gości, więc postanawiamy poprosić Gospodarza domu o 2 kawy ;-). Oczywiście nie ma problemu i Gospodarz znika w kuchni... Po około 15 min, wbiega (dosłownie) do pokoju niosąc 2 filiżanki i krzyczy na Wspólokatora, który akurat stoi mu na drodze między drzwiami a stołem:
Gospodarz: Odsuń się!!!
Następnie w mgnieniu oka kładzie przed nami 2 kawy ze... spienionym mlekiem! I wskazując na zanikającą już w połowie piankę w mojej filiżance podkreśla szybko:
Gospodarz: Ale widzisz?? BYŁA!! :]
Koleżanka jest zajęta przyjmowaniem gości, więc postanawiamy poprosić Gospodarza domu o 2 kawy ;-). Oczywiście nie ma problemu i Gospodarz znika w kuchni... Po około 15 min, wbiega (dosłownie) do pokoju niosąc 2 filiżanki i krzyczy na Wspólokatora, który akurat stoi mu na drodze między drzwiami a stołem:
Gospodarz: Odsuń się!!!
Następnie w mgnieniu oka kładzie przed nami 2 kawy ze... spienionym mlekiem! I wskazując na zanikającą już w połowie piankę w mojej filiżance podkreśla szybko:
Gospodarz: Ale widzisz?? BYŁA!! :]
wtorek, 23 listopada 2010
W ofercie banku nowy rodzaj wierzytelności...
W pewnym banku...
Przychodzi klient do obsługi klienta:
Klient: Proszę 100 zł
Kasjerka: Poproszę nazwisko?
Klient: Ale po co pani moje nazwisko?
Kasjerka: Hmm?.. Muszę sprawdzić stan konta :>
Klient [bez zawahania]: Ale ja nie mam u Was konta.
Kasjerka [zdziwiona]: To jak w takim razie chce pan dostać 100 zł?
Klient [nie rozumie o co halo]: Normalnie. Pani mi pożyczy 100 zł, a ja oddam w poniedziałek!
Kasjerka [w szoku]: Nie pożyczę Panu.
Klient: Ale dlaczego??
Kasjerka: Bo ja Pana nie znam.
Klient [uspokajającym tonem]: Ja Pani też nie znam.
Kasjerka: No nie pożyczę Panu! Nie mam!
Klient [rozglądając się po osłupiałych konsultantach]: A może ktoś inny mógłby mi pożyczyć?
Przychodzi klient do obsługi klienta:
Klient: Proszę 100 zł
Kasjerka: Poproszę nazwisko?
Klient: Ale po co pani moje nazwisko?
Kasjerka: Hmm?.. Muszę sprawdzić stan konta :>
Klient [bez zawahania]: Ale ja nie mam u Was konta.
Kasjerka [zdziwiona]: To jak w takim razie chce pan dostać 100 zł?
Klient [nie rozumie o co halo]: Normalnie. Pani mi pożyczy 100 zł, a ja oddam w poniedziałek!
Kasjerka [w szoku]: Nie pożyczę Panu.
Klient: Ale dlaczego??
Kasjerka: Bo ja Pana nie znam.
Klient [uspokajającym tonem]: Ja Pani też nie znam.
Kasjerka: No nie pożyczę Panu! Nie mam!
Klient [rozglądając się po osłupiałych konsultantach]: A może ktoś inny mógłby mi pożyczyć?
czwartek, 18 listopada 2010
Droga buła
Siedzimy, pracujemy, nagle wpada kolega. Zamiast przysłowiowego "cześć", "dzień dobry" itp. opowiada zaaferowany:
Kolega: Słuchajcie kupiłem 4 bułki. Zapłaciłem 3 złote. TRZY ZŁOTE za 4 BUŁKI!! :|
[chwila przemyślenia i kontynuuje kręcąc głową] ...to ja rozumiem, że te bułki to się nie wiem... SAME ROZKROJĄ itd?.....
Kolega: Słuchajcie kupiłem 4 bułki. Zapłaciłem 3 złote. TRZY ZŁOTE za 4 BUŁKI!! :|
[chwila przemyślenia i kontynuuje kręcąc głową] ...to ja rozumiem, że te bułki to się nie wiem... SAME ROZKROJĄ itd?.....
niedziela, 14 listopada 2010
Słowo na niedzielę: Postanowienie poprawy
Kazania o "końcu świata" ciąg dalszy. Ksiądz próbuje przywołać jasny przykład z życia, ad. postanowienia poprawy, który najwyraźniej będzie zrozumiały z perspektywy dziecka...
Ksiądz: Czy dostał ktoś ostatnio jedynkę?
Chłopiec: Tak.
Ksiądz: I co sobie wtedy postanowiłeś? :>
Chłopiec: Nic.
Ksiądz [zdezorientowany, ale próbuje ratować dialog]: yyy... a co Ci na tą jedynkę powiedzieli rodzicie? hmm???
Chłopiec: Nic.
Ksiądz: Czy dostał ktoś ostatnio jedynkę?
Chłopiec: Tak.
Ksiądz: I co sobie wtedy postanowiłeś? :>
Chłopiec: Nic.
Ksiądz [zdezorientowany, ale próbuje ratować dialog]: yyy... a co Ci na tą jedynkę powiedzieli rodzicie? hmm???
Chłopiec: Nic.
Słowo na niedzielę: Koniec świata
Kazanie dla dzieci... Motyw przewodni "koniec świata". Ksiądz poddaje kolejno dzieciom mikrofon, aby odpowiedziały na pytanie "co byś zrobił, gdyby okazało się, że koniec świata będzie za 5 minut?"
Dziecko 1: yyy szybko do spowiedzi!
Dziecko 2: schować się do szafy!
Dziecko 3: zacząłbym uciekać!
Dziecko 4: a ja bym się zabił!
Dziecko 1: yyy szybko do spowiedzi!
Dziecko 2: schować się do szafy!
Dziecko 3: zacząłbym uciekać!
Dziecko 4: a ja bym się zabił!
Takie skarby, że hej!
Przystanek otoczony jest barierką ze słupkami, po których wbrew karcącym uwagom swojej matki spina i wiesza się 4 letni chłopczyk... Chłopiec ściąga przy tym czapkę z daszkiem, którą wiesza na słupkach ogrodzenia...
Nagle w całej zabawie dochodzi do dramatu...
Chłopiec staje wryty i krzyczy...
Chłopiec: :-( Mama! Gdzie jest moja czaaaaapkaaa???? [a czapka wisi za nim na słupku, z tym, że sam zapomniał, że ją tam powiesił...]
Mama [widzi czapkę, ale jest wkurzona]: Nie słuchałeś mnie? To teraz się rozpłacz jeszcze...
Chłopiec [prawie w spazmach...] : Mah-moh!!!! ;-( Czapka mi musiała wlecieć za o-grh-o- dzenie!!! ;-(((
Mama [z ulitowaniem i jednoczesną irytacją]: przecież wisi na słupku!!
Chłopiec [z miną jak by Mikołaj mu przyniósł wszystko o czym napisał w liście]: JEST!!!! :]
Podbiega do ogrodzenia, zakłada i biegiem do mamy i opowiada zaaferowany:
Chłopiec: bo ja myślałem, że mi spadła, za ogrodzenie! a ona poprostu wisiała na słupku! ufff! :]
Mama - brak reakcji. Chłopiec chwila ciszy, a podczas niej najwyraźniej czas na reflekcję... bo po 2 minutach pyta:
Chłopiec [bardzo poważnie]: Mamo... a co by było jak by ta czapka się nie znalazła? :> Czy ja mam w domu jakieś inne czapki????....
Potem cisza... Mama cisza, chłopiec cisza... Nagle podjeżdża bus...
Chłopiec: ....zzzaraz, zarazzz.... a... gdzie ja mam mój kamyczek?.........
Nagle w całej zabawie dochodzi do dramatu...
Chłopiec staje wryty i krzyczy...
Chłopiec: :-( Mama! Gdzie jest moja czaaaaapkaaa???? [a czapka wisi za nim na słupku, z tym, że sam zapomniał, że ją tam powiesił...]
Mama [widzi czapkę, ale jest wkurzona]: Nie słuchałeś mnie? To teraz się rozpłacz jeszcze...
Chłopiec [prawie w spazmach...] : Mah-moh!!!! ;-( Czapka mi musiała wlecieć za o-grh-o- dzenie!!! ;-(((
Mama [z ulitowaniem i jednoczesną irytacją]: przecież wisi na słupku!!
Chłopiec [z miną jak by Mikołaj mu przyniósł wszystko o czym napisał w liście]: JEST!!!! :]
Podbiega do ogrodzenia, zakłada i biegiem do mamy i opowiada zaaferowany:
Chłopiec: bo ja myślałem, że mi spadła, za ogrodzenie! a ona poprostu wisiała na słupku! ufff! :]
Mama - brak reakcji. Chłopiec chwila ciszy, a podczas niej najwyraźniej czas na reflekcję... bo po 2 minutach pyta:
Chłopiec [bardzo poważnie]: Mamo... a co by było jak by ta czapka się nie znalazła? :> Czy ja mam w domu jakieś inne czapki????....
Potem cisza... Mama cisza, chłopiec cisza... Nagle podjeżdża bus...
Chłopiec: ....zzzaraz, zarazzz.... a... gdzie ja mam mój kamyczek?.........
Inny wymiar
Starsza Pani, mocno starszy Pan jadą obok siebie w autobusie 304 Kraków-Wieliczka.
Na moje oko pasowaliby do siebie, ale z rozmowy wynika, że jednak się nie znają... Choć może by i chcieli się poznać.. Może nie było nic zabawnego w tej rozmowie, może to NIC, ale ja widziałam w nich jakiś taki inny wymiar, którego wiem, że i tak nie opisze, bo inaczej jest samemu widzieć obraz, czuć może jeszcze zapach farby, węgla czy pasteli niżli słuchać jak ktoś Ci o nim opowiada... Jednak na upartego spróbuję opisać ten "tęczowy strumień", w którym można się było znaleźć obserwując ich gesty i słowa wskazujące na spokój życia i taki ogólny "kontent" znajdywany w prostych elementach otoczenia i wytyczonych przyziemnych celach dnia codziennego zastępujących pogoń za czymś bliżej nieokreślonym...
/a może faktycznie w tym nic nie ma, tylko ogarnął mnie siakiś taki "romantyczny" nastrój ;-) czy coś... /
Starszy Pan: kiedy będzie Biedronka?
Starsza Pani [zaaferowana pytaniem stawia na nogi innych pasażerów]: gdzie jesteśmy? gdzie jesteśmy? ponieważ Pan... jedzie pod Biedronkę w Wieliczce!
Pasażerka: to następny przystanek...
Więc nie ma dużo czasu, ale Starsza Pani nie marnuje okazji i już półgłosem [zresztą bardzo miłym] zagaduje Pana...
Starsza Pani: a Pan mieszka w Wieliczce?
Starszy Pan: Tak...
Starsza Pani: a Pan... całe życie w Wieliczce?
Starszy Pan : Słucham?
Starsza Pani: a Pan... całe życie w Wieliczce, czy... bywało się "tu i tam"?... :-)))
Dalszego ciągu rozmowy nie słuchałam, ale skończyło się na czymś w stylu:
Starszy Pan: (...) sukinsyny, wykończyli Polskę...
I rozstali się z uśmiechem... Czy spotkają się jeszcze? Nie wiem, ale spojrzałam jeszcze na Panią, gdy wysiadałam, która miała minę w stylu "Nie mogę Cię zapomnieć..."
Na moje oko pasowaliby do siebie, ale z rozmowy wynika, że jednak się nie znają... Choć może by i chcieli się poznać.. Może nie było nic zabawnego w tej rozmowie, może to NIC, ale ja widziałam w nich jakiś taki inny wymiar, którego wiem, że i tak nie opisze, bo inaczej jest samemu widzieć obraz, czuć może jeszcze zapach farby, węgla czy pasteli niżli słuchać jak ktoś Ci o nim opowiada... Jednak na upartego spróbuję opisać ten "tęczowy strumień", w którym można się było znaleźć obserwując ich gesty i słowa wskazujące na spokój życia i taki ogólny "kontent" znajdywany w prostych elementach otoczenia i wytyczonych przyziemnych celach dnia codziennego zastępujących pogoń za czymś bliżej nieokreślonym...
/a może faktycznie w tym nic nie ma, tylko ogarnął mnie siakiś taki "romantyczny" nastrój ;-) czy coś... /
Starszy Pan: kiedy będzie Biedronka?
Starsza Pani [zaaferowana pytaniem stawia na nogi innych pasażerów]: gdzie jesteśmy? gdzie jesteśmy? ponieważ Pan... jedzie pod Biedronkę w Wieliczce!
Pasażerka: to następny przystanek...
Więc nie ma dużo czasu, ale Starsza Pani nie marnuje okazji i już półgłosem [zresztą bardzo miłym] zagaduje Pana...
Starsza Pani: a Pan mieszka w Wieliczce?
Starszy Pan: Tak...
Starsza Pani: a Pan... całe życie w Wieliczce?
Starszy Pan : Słucham?
Starsza Pani: a Pan... całe życie w Wieliczce, czy... bywało się "tu i tam"?... :-)))
Dalszego ciągu rozmowy nie słuchałam, ale skończyło się na czymś w stylu:
Starszy Pan: (...) sukinsyny, wykończyli Polskę...
I rozstali się z uśmiechem... Czy spotkają się jeszcze? Nie wiem, ale spojrzałam jeszcze na Panią, gdy wysiadałam, która miała minę w stylu "Nie mogę Cię zapomnieć..."
niedziela, 7 listopada 2010
Oznajmiam, że się spóźnię
Siedzimy, pracujemy, odzywa się koleżanka do swojego szefa:
Koleżanka: [Szefie] a będzie dziś [Kolega X]? Zawsze był o wcześnie, a jest już 9:30 i trochę się martwię...
Szef koleżanki [spoglądając na telefon]: o! napisał mi sms-a z zapytaniem...
Koleżanka: a z jakim?
Szef koleżanki: "Będę o 10:00 i wyjdę o 15:00."
Kolega: To właściwie nie jest pytanie, tylko stwierdzenie...
Koleżanka: [Szefie] a będzie dziś [Kolega X]? Zawsze był o wcześnie, a jest już 9:30 i trochę się martwię...
Szef koleżanki [spoglądając na telefon]: o! napisał mi sms-a z zapytaniem...
Koleżanka: a z jakim?
Szef koleżanki: "Będę o 10:00 i wyjdę o 15:00."
Kolega: To właściwie nie jest pytanie, tylko stwierdzenie...
Taaaka impreza! ;-)
Impreza firmowa... Stoimy grupą paru osób przed knajpą... Kolega żegna się wcześniej oznajmiając, że wraca do domu i kieruję się na lewo od nas... Jednak, że się lekko "zachwiał", to żartobliwie "docinam":
Ja: Heej! Ale trafisz?! Czy zamówić Ci taksówkę? :P
Kolega zawraca, uśmiech od ucha do ucha... Patrzymy z zaciekawieniem i o dziwo mija nas i teraz kieruje się w przeciwnym kierunku...
Kolega: Nie trzeba taksówki, mam transport... Ale dobrze, że mnie uświadomiliście, że idę w złą stronę!... :P
:D
Ja: Heej! Ale trafisz?! Czy zamówić Ci taksówkę? :P
Kolega zawraca, uśmiech od ucha do ucha... Patrzymy z zaciekawieniem i o dziwo mija nas i teraz kieruje się w przeciwnym kierunku...
Kolega: Nie trzeba taksówki, mam transport... Ale dobrze, że mnie uświadomiliście, że idę w złą stronę!... :P
:D
Siła przyzwyczajenia
Kolega A: (...) no i generalnie mamy taki rytuał z synem... zawsze mu muszę dać butelkę przed snem, wtedy dłużej śpi... i generalnie nie może się odzwyczaić...
Kolega B: yy tzn. Ty, czy syn?
:-)
Kolega B: yy tzn. Ty, czy syn?
:-)
Z ogłoszeń dusz pasterskich
W pewnej parafii, gdzie ogłoszenia (20 min) trwają dłużej niż sama adoracja (5 min), fragment 20 minutowej wypowiedzi, w której przewodnim motto była kostka brukowa (na którą ksiądz musiał się "zapożyczyć"), którą ufundował pewien pan (kandydat do wyborów samorządowych):
Ksiądz: [...] kostka ta jest kostką najdroższą z możliwych... Jej koszt to około 800 zł za m2 jednak dzięki panu X, udało się tę cenę obniżyć o 50%. Dzięki temu w sumie, ponieśliśmy koszty niższe o 10 tys. Gdyby nie pomoc pana X, kostka byłaby jednak droższa o 10 tys.... [...]
Ksiądz: [...] kostka ta jest kostką najdroższą z możliwych... Jej koszt to około 800 zł za m2 jednak dzięki panu X, udało się tę cenę obniżyć o 50%. Dzięki temu w sumie, ponieśliśmy koszty niższe o 10 tys. Gdyby nie pomoc pana X, kostka byłaby jednak droższa o 10 tys.... [...]
Tłum ponad nerwy
Bus zatrzymuje się na przystanku. Wsiadają ludzie, ale nie ma już miejsc siedzących, więc stoją. Bus powoli się zapełnia. Słychać głos 4-letniego chłopczyka siedzącego na samym końcu z mamą...
Chłopczyk: Mamo! Tyle ludzi wsiada do nasego busa, ze zaraz mnie slag trafi!...
Chłopczyk: Mamo! Tyle ludzi wsiada do nasego busa, ze zaraz mnie slag trafi!...
poniedziałek, 18 października 2010
Pracuj, aż ujrzysz światło
W firmie ABC siedzę przy recepcji. Nagle gaśnie światło! Staje się zupełnie ciemno.
Sekretarka [żartuje]: Ale fajnie! Ale super! Nie muszę pracować! Przerwa (...) :D:D
Na co z ciemności wydobywa się głos dyrektora poważnie stwierdzającego:
Dyrektor: Laptopy mają baterie... :>
Sekretarka [żartuje]: Ale fajnie! Ale super! Nie muszę pracować! Przerwa (...) :D:D
Na co z ciemności wydobywa się głos dyrektora poważnie stwierdzającego:
Dyrektor: Laptopy mają baterie... :>
poniedziałek, 11 października 2010
Użytkowniczki tak mają...
Wymieniam baterię w kompie. Rozmowa w IT:
Ja: To ile ona będzie trzymać?
Kolega 1: ...z 2,5 godziny...
Ja: Fajnie, zawsze to jakaś odmiana od tych 5 minut! Obecna trzymała 5 minut...
Kolega 1 [z niedowierzaniem]: Pięć minut???
Ja: Tak - Pięć minut!
Kolega 2 [zwraca się do Kolegi 1 wyjaśniająco]: Ech... Użytkowniczki zwykle tak właśnie dramatyzują...
Ja: To ile ona będzie trzymać?
Kolega 1: ...z 2,5 godziny...
Ja: Fajnie, zawsze to jakaś odmiana od tych 5 minut! Obecna trzymała 5 minut...
Kolega 1 [z niedowierzaniem]: Pięć minut???
Ja: Tak - Pięć minut!
Kolega 2 [zwraca się do Kolegi 1 wyjaśniająco]: Ech... Użytkowniczki zwykle tak właśnie dramatyzują...
środa, 29 września 2010
Czas goni nas cały czas
Na przystanku spotykam koleżankę z pracy - z sąsiedniego działu i rozmowa schodzi na kobiety w ciąży... Przypominam sobie jej koleżankę Monikę, która przecież urodziła niedawno i wiem, że wróciła do pracy, ale w zasadzie nie zdążyłam jeszcze spytać co urodziła. Korzystam z okazji:
Ja: A Monika co urodziła?
Koleżanka: Monika? Synka...
Ja: oo synka... super... :]
Koleżanka [z zaniepokojeniem w oczach]: tylko, że... to w sumie już jakiś... rok temu...
Ja [próbując ratować sytuację]: a ukhm... no czas tak szybko leci jak się tak biega po biurze, że nawet nie miałam okazji spytać...
Koleżanka [mina nie potwierdzająca, że sytuacja nie została uratowana...]
Ja: A Monika co urodziła?
Koleżanka: Monika? Synka...
Ja: oo synka... super... :]
Koleżanka [z zaniepokojeniem w oczach]: tylko, że... to w sumie już jakiś... rok temu...
Ja [próbując ratować sytuację]: a ukhm... no czas tak szybko leci jak się tak biega po biurze, że nawet nie miałam okazji spytać...
Koleżanka [mina nie potwierdzająca, że sytuacja nie została uratowana...]
Pomoc potrzebującym
Razem z Patysio siedzimy w kawiarni. Ja zamówiłam czekoladę, Patysio kawę + (mimo cukrzycy ;-)) wieelkie ciastko.
Patysio [wskazując na ciastko]: Aniu jedz, bo mnie już wystarczy.
Ja: Ale ja dzięki...
Patysio [nalega]: ale no jedz ze mną - mnie w zasadzie już nawet ta połowa co zjadłam wystarczy
Ja: Daj spokój, mam czekoladę, nie będę jeść ciastka...
Patysio [prawie się kładąc na stole... z desperacją i zarazem wyrzutem w głosie]: Ale mmmusisz mi pomóc! Ja jestem choraaa!!!
Patysio [wskazując na ciastko]: Aniu jedz, bo mnie już wystarczy.
Ja: Ale ja dzięki...
Patysio [nalega]: ale no jedz ze mną - mnie w zasadzie już nawet ta połowa co zjadłam wystarczy
Ja: Daj spokój, mam czekoladę, nie będę jeść ciastka...
Patysio [prawie się kładąc na stole... z desperacją i zarazem wyrzutem w głosie]: Ale mmmusisz mi pomóc! Ja jestem choraaa!!!
wtorek, 28 września 2010
Niedościgniony raj...
W autobusie, tłum, zgiełk na zasadzie, że choćby nawet autobus się zaczął turlać to się nie przewrócisz. Słychać głosy 2 studentów:
Student 1 [dumnie i rozmarzenie]: A wczoraj to nawet prawie usiadłem...
Student 2 [z podziwem i niedowierzaniem]: Wow...
Student 1 [dumnie i rozmarzenie]: A wczoraj to nawet prawie usiadłem...
Student 2 [z podziwem i niedowierzaniem]: Wow...
Jeśli chodzi o szal, to nie.
W kinie. Wszyscy weszli na salę, drzwi się zamknęły, seans ma się zacząć.
Jednak wchodzi jeszcze przed zgaszeniem świateł pan bileter i rozciąga w rękach granatowy, duży, damski szal.
Bileter: Przepraszam, czy ktoś zgubił y... coś takiego?
Jakaś pani [wyjaśniająco]: SZAL. Nie.
Jednak wchodzi jeszcze przed zgaszeniem świateł pan bileter i rozciąga w rękach granatowy, duży, damski szal.
Bileter: Przepraszam, czy ktoś zgubił y... coś takiego?
Jakaś pani [wyjaśniająco]: SZAL. Nie.
wtorek, 7 września 2010
DJ Zrób-to-sam
Na życzenie Patysio publikuję dialog z imprezy :D
Patysio: co za kijowy didżej! jak można puszczać taki szit!
Ja: to pójdźmy tam i powiedzmy mu żeby zmienił
Patysio: ale tam nikogo nie ma!
Ja: Nikogo tam nie ma? [wstając] To pójdę tam i to wyłączę!
Patysio: co za kijowy didżej! jak można puszczać taki szit!
Ja: to pójdźmy tam i powiedzmy mu żeby zmienił
Patysio: ale tam nikogo nie ma!
Ja: Nikogo tam nie ma? [wstając] To pójdę tam i to wyłączę!
Nie byle jakie wyniki badań
Lekarz internista analizuje wyniki moich badań krwi...
Ja: ...I zastanawia mnie jeszcze to PCT, bo nie jest w normie i co to oznacza?
Lekarka: Co?!
Ja [o Boże... coś poważnego...]: yyy.... P - C - T...
Lekarka: A tego to pani nie powiem, bo nie wiem.
Ja [chyba zrobiłam głupią minę]
Lekarka: A bo te wyniki są jakieś takie... sophisticated
Ja: ...I zastanawia mnie jeszcze to PCT, bo nie jest w normie i co to oznacza?
Lekarka: Co?!
Ja [o Boże... coś poważnego...]: yyy.... P - C - T...
Lekarka: A tego to pani nie powiem, bo nie wiem.
Ja [chyba zrobiłam głupią minę]
Lekarka: A bo te wyniki są jakieś takie... sophisticated
Very Final Call
Lecimy na delegację do Holandii. Jednak jak to wspomniane w poście niżej na lotnisku w Warszawie zaczepia nas pan oferujący kartę miles&more połączoną "partnersko" z kartą kredytową. Jednak karta jest całkowicie za darmo (przez pierwszy rok) toteż decyduję się...
Zresztą co tu robić przez 1,5 godziny przed boardingiem? ;-) Koleżanka mi towarzyszy.
Siadamy, wypełniamy formularz - dane osobiste... miejsce zamieszkania... dochody... na co się zgadzam... na co się nie zgadzam... żartujemy... drukujemy... znowu wypełniamy...
Z tego "błogiego stanu nieświadomości" jak we śnie dochodzi do nas głos z niebios...
Koleżanka: ja chyba... chyba... słyszałam nasze nazwiska!!!
Ja [z niedowierzaniem]: yyy....ale to już że niby minęło 1,5 go-dzi-ny?
Znowu słychać nasze nazwiska...
Koleżanka: Podpisuj tę umowę [tylko ostatni podpis został - dosłownie] a ja pobiegnę i ich zatrzymam!
Pobiegła...
Ja [wstaję z krzesła i do pana]: ale proszę się pospieszyć! przecież ja mam samolot!
Pan: ależ ja rozumiem, tylko ja jeszcze muszę wydrukować tę umowę
Ja [pomyślałam odwracając się na pięcie]: "no chyba Cię gościu pogięło!"
Pan [krzycząc za mną]: Przy której bramce pani będzie?
Ja: B23!
Pan: Przybiegnę tam!
Biegnę, biegnę... i kuźwa... nie ma B23! Znowu słyszę swoje nazwisko i... Nie ma 23! WTF?!
Staję wryta i z nerwów chyba nie widzę bramki... Jest 22 i 24... ale nie ma 23! Nie mam nawet jak zadzwonić do Koleżanki, bo nawet nie wymieniłyśmy się jeszcze telefonami.
Nagle zjawia się przy mnie pan od karty wymachując umową i uśmiechając się.
Ja [gaszę ten uśmiech subtelnie pytając]: GDZIE JEST BRAMKA 23?!?!?!?!
Pan: O tu, tylko remontują tu coś - tu obok jest wejście - faktycznie widać jak byk!
Olewam Pana i biegnę, Pan za mną...
Daje Stewardessie swój bilet.
Stewardessa [karcąco do Pana]: Jak zwykle opóźniają nam państwo pasażerów.
Pan [krzyczy za mną]: no cóż... to następnym razem!
I pomachał umową niczym białą flagą...
Zresztą co tu robić przez 1,5 godziny przed boardingiem? ;-) Koleżanka mi towarzyszy.
Siadamy, wypełniamy formularz - dane osobiste... miejsce zamieszkania... dochody... na co się zgadzam... na co się nie zgadzam... żartujemy... drukujemy... znowu wypełniamy...
Z tego "błogiego stanu nieświadomości" jak we śnie dochodzi do nas głos z niebios...
Koleżanka: ja chyba... chyba... słyszałam nasze nazwiska!!!
Ja [z niedowierzaniem]: yyy....ale to już że niby minęło 1,5 go-dzi-ny?
Znowu słychać nasze nazwiska...
Koleżanka: Podpisuj tę umowę [tylko ostatni podpis został - dosłownie] a ja pobiegnę i ich zatrzymam!
Pobiegła...
Ja [wstaję z krzesła i do pana]: ale proszę się pospieszyć! przecież ja mam samolot!
Pan: ależ ja rozumiem, tylko ja jeszcze muszę wydrukować tę umowę
Ja [pomyślałam odwracając się na pięcie]: "no chyba Cię gościu pogięło!"
Pan [krzycząc za mną]: Przy której bramce pani będzie?
Ja: B23!
Pan: Przybiegnę tam!
Biegnę, biegnę... i kuźwa... nie ma B23! Znowu słyszę swoje nazwisko i... Nie ma 23! WTF?!
Staję wryta i z nerwów chyba nie widzę bramki... Jest 22 i 24... ale nie ma 23! Nie mam nawet jak zadzwonić do Koleżanki, bo nawet nie wymieniłyśmy się jeszcze telefonami.
Nagle zjawia się przy mnie pan od karty wymachując umową i uśmiechając się.
Ja [gaszę ten uśmiech subtelnie pytając]: GDZIE JEST BRAMKA 23?!?!?!?!
Pan: O tu, tylko remontują tu coś - tu obok jest wejście - faktycznie widać jak byk!
Olewam Pana i biegnę, Pan za mną...
Daje Stewardessie swój bilet.
Stewardessa [karcąco do Pana]: Jak zwykle opóźniają nam państwo pasażerów.
Pan [krzyczy za mną]: no cóż... to następnym razem!
I pomachał umową niczym białą flagą...
wtorek, 31 sierpnia 2010
Wyższy poziom abstrakcji
Lotnisko, spacerujemy w oczekiwaniu na samolot do Amsterdamu. Nagle zaczepia nas pan oferujący karty miles&more.
Pan: (...) i czy pani wie, że pani sobie może nabić na tej karcie mile do 12 miesięcy wstecz?
Ja: 12 miesięcy wstecz?
Pan: Tak - czy latała pani 12 miesięcy wstecz?
Ja: 12 miesięcy wstecz? [zamyślenie] Ależ NIE.
Pan: Aha, nie...
Ja: ale 12 miesięcy wstecz?
Pan: Tak, 12 miesięcy... :>
Ja: aaaa! to oczywiście, że TAK!
Pan: ...
P.S. Konkluzji brak :P
Pan: (...) i czy pani wie, że pani sobie może nabić na tej karcie mile do 12 miesięcy wstecz?
Ja: 12 miesięcy wstecz?
Pan: Tak - czy latała pani 12 miesięcy wstecz?
Ja: 12 miesięcy wstecz? [zamyślenie] Ależ NIE.
Pan: Aha, nie...
Ja: ale 12 miesięcy wstecz?
Pan: Tak, 12 miesięcy... :>
Ja: aaaa! to oczywiście, że TAK!
Pan: ...
P.S. Konkluzji brak :P
Sprawiedliwie
Spotkanie statusowe ad. projektu X. Trwa dyskusja o tym jak to będzie po wdrożeniu systemu Y.
Uczestniczka 1: Więc jak to wdrożymy, dla grupy B, to oni będą już mieć tak jak ma grupa A. Czyli wszyscy będą mieli tak samo.
Uczestniczka 2: Czyli wszyscy będą mieli źle...
Uczestniczka 1: Ale wszyscy tak samo! - czyli dobrze.
Uczestniczka 1: Więc jak to wdrożymy, dla grupy B, to oni będą już mieć tak jak ma grupa A. Czyli wszyscy będą mieli tak samo.
Uczestniczka 2: Czyli wszyscy będą mieli źle...
Uczestniczka 1: Ale wszyscy tak samo! - czyli dobrze.
Kawał pasztetu
Kolejka w mięsnym - zakupów właśnie dokonuje para w średnim wieku; pani konkretnych rozmiarów, pan nie gorzej; oczywiście kupują mięsa w ilościach jak na rzymską orgię.
Pani: ...i jeszcze kawałeczek tego pasztetu poproszę!
Ekspedientka pokazuje nożem jak duży kawałeczek
Pani: nie, dalej! jeszcze trochę! o, tutaj!
Ekspedientka: Tyle? [pokazuje KAWAŁ pasztetu] Tak się upewniam, bo myślałam, że chciała pani kawałek...
Pani: No przecież to JEST kawałek.
Pan: Duża baba to duży kawałek!
Pani[urażona]: To dla mnie i dla psa!
Pan: Taaa... już widzę, że się psu coś dostanie...
Pani: ...i jeszcze kawałeczek tego pasztetu poproszę!
Ekspedientka pokazuje nożem jak duży kawałeczek
Pani: nie, dalej! jeszcze trochę! o, tutaj!
Ekspedientka: Tyle? [pokazuje KAWAŁ pasztetu] Tak się upewniam, bo myślałam, że chciała pani kawałek...
Pani: No przecież to JEST kawałek.
Pan: Duża baba to duży kawałek!
Pani[urażona]: To dla mnie i dla psa!
Pan: Taaa... już widzę, że się psu coś dostanie...
wtorek, 10 sierpnia 2010
Good mood
W pracy odrywamy się nagle od komputerów:
Ja [zwracając się do co-workera]: Jak tam?
Co-worker: Cudownie :))) A u Ciebie?
Ja: Fantastycznie :)))
Co-worker: Tak? No to błogo :)))
Ja [zwracając się do co-workera]: Jak tam?
Co-worker: Cudownie :))) A u Ciebie?
Ja: Fantastycznie :)))
Co-worker: Tak? No to błogo :)))
czwartek, 5 sierpnia 2010
Kalka językowa
W pewnej firmie w Krakowie jest wielu Amerykanów. Jednak uczą się oni polskiego z racji tego, że mieszkają i żyją w Polsce... Toteż koledzy Polacy pragnąc czasem s'challengować rozmowę, w prostych kwestiach zadają pytanie po polsku. I tak pewnego razu:
Koleżanka Roba: Rob, chcesz kawe z mlekiem czy bez?
Rob: Jebie mnie to
Koleżanka Roba: You know, we don't mind, cause we're colleagues... but someone else could've really be offended
Rob: but I was told that this means 'i don't care'
Koleżanka Roba: well, yes... but much closer translation of this would be 'I don't give a fuck'
Rob: oh, I'm really sorry! I didn't realize!
Komentarz Koleżanki Roba po: Dobrze, ze Rob nie poszedł do sklepu i na pytanie sprzedawczyni, czy chce dwa banany czy 2 jablka, nie odpowiedział: Jebie mnie to!']
Koleżanka Roba: Rob, chcesz kawe z mlekiem czy bez?
Rob: Jebie mnie to
Koleżanka Roba: You know, we don't mind, cause we're colleagues... but someone else could've really be offended
Rob: but I was told that this means 'i don't care'
Koleżanka Roba: well, yes... but much closer translation of this would be 'I don't give a fuck'
Rob: oh, I'm really sorry! I didn't realize!
Komentarz Koleżanki Roba po: Dobrze, ze Rob nie poszedł do sklepu i na pytanie sprzedawczyni, czy chce dwa banany czy 2 jablka, nie odpowiedział: Jebie mnie to!']
wtorek, 3 sierpnia 2010
Świetny przepis!
[16:02:04] Anna napisał(a): ja nie chwalę się, ale zrobiłam zajebisty obiad
[16:02:24] Anna napisał(a): spaghetti z łosiem i koperkiem itd
[16:02:27] Anna napisał(a): ehhh
[16:02:32] Anna napisał(a): nie starczy mi dokładki
[16:02:33] Anna napisał(a): :D
(...)
[16:03:07] Patysio napisał(a): spaghetti z łosiem?
[16:03:11] Anna napisał(a): tak
[16:03:14] Anna napisał(a): wędzonym
[16:03:19] Anna napisał(a): mogę dać Ci przepis
[16:03:22] Anna napisał(a): albo lepiej
[16:03:26] Anna napisał(a): przyjedź do mnie
[16:03:30] Anna napisał(a): to Ci zrobię
[16:03:32] Patysio napisał(a): ŁOSIEM?
[16:03:33] Patysio napisał(a): :D
[16:02:24] Anna napisał(a): spaghetti z łosiem i koperkiem itd
[16:02:27] Anna napisał(a): ehhh
[16:02:32] Anna napisał(a): nie starczy mi dokładki
[16:02:33] Anna napisał(a): :D
(...)
[16:03:07] Patysio napisał(a): spaghetti z łosiem?
[16:03:11] Anna napisał(a): tak
[16:03:14] Anna napisał(a): wędzonym
[16:03:19] Anna napisał(a): mogę dać Ci przepis
[16:03:22] Anna napisał(a): albo lepiej
[16:03:26] Anna napisał(a): przyjedź do mnie
[16:03:30] Anna napisał(a): to Ci zrobię
[16:03:32] Patysio napisał(a): ŁOSIEM?
[16:03:33] Patysio napisał(a): :D
Zawiść o buty
Nigdy nie lubiłam WF-u. Co ja mówię, nie znosiłam WF-u, a to dlatego, że zawsze trzeba było robić, to co Pani/Pan kazał - "biegnij", "machaj","zły strój", "odbijaj", "klaskaj", "nieodpowiednie buty", "wstawaj", "pompki", "przysiady"... etc etc....
Dziś pierwszy raz poszłam na pewne zajęcia ruchowe takie "na sali" od czasów ostatniego WF-u - a to już upłynęło "trochę";-). Ale, że tym razem było to pokierowane wewnętrzną potrzebą = bez zewnętrznego przymusu, to myślę - przecież teraz będzie zupełnie inaczej. Oczywiście, ktoś tym będzie kierował, ale bez presji itd. Będzie just fine!... ;-)
No to wchodzę na salę zadowolona z siebie, że taką chęć mam i taką decyzję podjęłam i czekam.
Pani prowadząca: Pierwszy raz?
Ja [myślę, hmmm cieeekawe po czym poznała, skoro nawet nie zaczęliśmy!]: Tak
Pani prowadząca: Na drugi raz w takich butach nie wpuszczam.
Ja [wróciło uczucie sprzed czasów i chęć dyskusji "na przekór" w takich sytacjach :P]: Ale ja mam przebrane buty.
Pani prowadząca: Ale niewygodne i nie trzymają stawu skokowego, a zobaczy pani ile się tu skacze.
Ja: Ech, no ok...
Już nie dyskutowałam, że moje baletki ze złotym połyskiem i zdobione złotą nitką połyskującą w sztucznym świetle sali tanecznej doskonale nadają się na Zumbę i już nie w takich butach tańczyłam/skakałam... :P
...Zresztą to są TAKIE ŁADNE BUTY!!! :D Wniosek: Zazdrość ją zżarła i już! :P
Dziś pierwszy raz poszłam na pewne zajęcia ruchowe takie "na sali" od czasów ostatniego WF-u - a to już upłynęło "trochę";-). Ale, że tym razem było to pokierowane wewnętrzną potrzebą = bez zewnętrznego przymusu, to myślę - przecież teraz będzie zupełnie inaczej. Oczywiście, ktoś tym będzie kierował, ale bez presji itd. Będzie just fine!... ;-)
No to wchodzę na salę zadowolona z siebie, że taką chęć mam i taką decyzję podjęłam i czekam.
Pani prowadząca: Pierwszy raz?
Ja [myślę, hmmm cieeekawe po czym poznała, skoro nawet nie zaczęliśmy!]: Tak
Pani prowadząca: Na drugi raz w takich butach nie wpuszczam.
Ja [wróciło uczucie sprzed czasów i chęć dyskusji "na przekór" w takich sytacjach :P]: Ale ja mam przebrane buty.
Pani prowadząca: Ale niewygodne i nie trzymają stawu skokowego, a zobaczy pani ile się tu skacze.
Ja: Ech, no ok...
Już nie dyskutowałam, że moje baletki ze złotym połyskiem i zdobione złotą nitką połyskującą w sztucznym świetle sali tanecznej doskonale nadają się na Zumbę i już nie w takich butach tańczyłam/skakałam... :P
...Zresztą to są TAKIE ŁADNE BUTY!!! :D Wniosek: Zazdrość ją zżarła i już! :P
Let's talk
W tramwaju facet 1 czyta książkę po angielsku; facet 2 siada koło niego i wpatruje sie z uporem w ksiażkę
f2: excuse me, what is the subject of this book?
f1: it's mathemathics
[temat treści ksiażki był dość obszernie zgłębiony, po czym: ]
f2: oh... are you studying math here in Cracov?
f1: yes
f2: on politechnic?
f1: no, on university of science and technology
f2: oh... (chwila zadumy) Where are you from?
f1: from here
f2: eee... you are Pole?
f1: yes
f2: ... a to ześmy się dogadali!
@ by Patysio
f2: excuse me, what is the subject of this book?
f1: it's mathemathics
[temat treści ksiażki był dość obszernie zgłębiony, po czym: ]
f2: oh... are you studying math here in Cracov?
f1: yes
f2: on politechnic?
f1: no, on university of science and technology
f2: oh... (chwila zadumy) Where are you from?
f1: from here
f2: eee... you are Pole?
f1: yes
f2: ... a to ześmy się dogadali!
@ by Patysio
niedziela, 1 sierpnia 2010
Miejsce jak z reklamy
Inna strefa czasu
Godzina 7:00 - jesteśmy w drodze na nasz przystanek kolejki - Stara Leśna. Droga trochę żmudna więc słuchamy muzyki... z komórki :D
L: Może trochę ciszej... Ludzie mogą jeszcze spać...
A: Biorąc pod uwagę o której wstawałyśmy ostatnio, to wcale tak wcześnie nie jest...
L: Fakt, wczoraj o tej porze to już byłyśmy na szlaku...
L: Może trochę ciszej... Ludzie mogą jeszcze spać...
A: Biorąc pod uwagę o której wstawałyśmy ostatnio, to wcale tak wcześnie nie jest...
L: Fakt, wczoraj o tej porze to już byłyśmy na szlaku...
Stanowczość
Wsiadamy na dworcu w Popradzie do kolejki i siadamy na przeciwko starszej pani.
Starsza Pani [przez chwilę nas obserwuje, po czym odzywa się]: Ale listki musicie se skasować.
L: Ale my już mamy bilety
Starsza Pani: To musicie je skasować
A: Ale my mamy bilety [szukam odpowiedniego słowa] okresowe, tygodniowe, na tydzień, 7 dniowe...
Starsza Pani: To i tak musicie je skasować.
Starsza Pani [przez chwilę nas obserwuje, po czym odzywa się]: Ale listki musicie se skasować.
L: Ale my już mamy bilety
Starsza Pani: To musicie je skasować
A: Ale my mamy bilety [szukam odpowiedniego słowa] okresowe, tygodniowe, na tydzień, 7 dniowe...
Starsza Pani: To i tak musicie je skasować.
Zawiedzenie
Wieczorem:
A: Więc jak zwykle. Jak rano pada, śpimy. Nie pada, wstajemy o 6:00.
Rano:
A: Nie pada. Wstajemy.
L: Ale jak to NIE pada?? :-( Jestem pewna, że słyszałam jak PADAŁO!
A: Więc jak zwykle. Jak rano pada, śpimy. Nie pada, wstajemy o 6:00.
Rano:
A: Nie pada. Wstajemy.
L: Ale jak to NIE pada?? :-( Jestem pewna, że słyszałam jak PADAŁO!
Samokrytka
Wieczorem...
A: Więc wstajemy 4:50 i jeśli pada, idziemy spać dalej. Jeśli nie pada, zbieramy się i wychodzimy.
4:50...
L: Ania wstajemy. Nie pada i nawet jest taka widoczność, że widać Księżyc na niebie.
A [mocno zaspana]: a..y... [wstaję i podchodzę do okna i faktycznie jest Księżyc, ale za małym obłoczkiem] Ale o co chodzi? Jaki Księżyc?! [ziewam i patrząc z tęsknotą w stronę łóżka] Gdzie Ty widzisz Księżyc?
L: No Ania, jak to? Jest Księżyc wstajemy!
A: No dość tego kombinowania! Wstajemy! Wstajemy!
Lucy stoi lekko osłupiona.
Wyjaśnienie przy śniadaniu:
A: Sorry, tak wcześnie rano nie myślę trzeźwo. Muszę się sama sprowadzić na ziemię...
A: Więc wstajemy 4:50 i jeśli pada, idziemy spać dalej. Jeśli nie pada, zbieramy się i wychodzimy.
4:50...
L: Ania wstajemy. Nie pada i nawet jest taka widoczność, że widać Księżyc na niebie.
A [mocno zaspana]: a..y... [wstaję i podchodzę do okna i faktycznie jest Księżyc, ale za małym obłoczkiem] Ale o co chodzi? Jaki Księżyc?! [ziewam i patrząc z tęsknotą w stronę łóżka] Gdzie Ty widzisz Księżyc?
L: No Ania, jak to? Jest Księżyc wstajemy!
A: No dość tego kombinowania! Wstajemy! Wstajemy!
Lucy stoi lekko osłupiona.
Wyjaśnienie przy śniadaniu:
A: Sorry, tak wcześnie rano nie myślę trzeźwo. Muszę się sama sprowadzić na ziemię...
Grunt to trzymać się oznaczeń
Pod chatą Zamkovskiego.
A: Więc idziemy czerwonym pod Łomnicky Stit. Tylko się nie zgubmy! Trzymajmy się czerwonego.
L: Uhm... Tylko, że... to jest zielony....
A: Więc idziemy czerwonym pod Łomnicky Stit. Tylko się nie zgubmy! Trzymajmy się czerwonego.
L: Uhm... Tylko, że... to jest zielony....
Zdjęcia w drodze powrotnej
Idziemy do Chaty Zamkovskiego. Piękna malownicza trasa. Idę pierwsza - za sobą słyszę tylko dźwięk obiektywu. Co chwilę obracam się i wypowiadam kwestię tp:
A: Lucy, daj spokój. Szkoda pogody - zdjęcia zrobimy w drodze powrotnej.
W Chacie Zamkowskiego, patrząc na mapę...
A: Wiesz co, właściwie bez sensu się wracać tą samą drogą. Przejdźmy teraz tą trasą pod Łomnicki Stit...
A: Lucy, daj spokój. Szkoda pogody - zdjęcia zrobimy w drodze powrotnej.
W Chacie Zamkowskiego, patrząc na mapę...
A: Wiesz co, właściwie bez sensu się wracać tą samą drogą. Przejdźmy teraz tą trasą pod Łomnicki Stit...
Bogactwo słownictwa
L [pisze sms-a]: Ania, to co mamy za oknem to jest STRUMIEŃ, czy RZEKA?
A: Zdecydowanie POTOK.
Chodzimy po górach
Wtorek. Wyjątkowo leje. Nie ma sensu nawet wychodzić na szlak, więc spacerujemy po miejscowościach...
L: Pada, a miałyśmy chodzić po górach...
A: Przecież cały czas chodzimy...
L: ?
A: No... Podnóża Tatr Wysokich są generalnie wysoko położone...
L: Pada, a miałyśmy chodzić po górach...
A: Przecież cały czas chodzimy...
L: ?
A: No... Podnóża Tatr Wysokich są generalnie wysoko położone...
Mierzyć wysoko
Wieczorem w pokoju półgłosem czytam przewodnik...
A: "(...) krótsza i prostsza orientacyjnie droga na najwyższy szczyt Tatr, nie łatwiejsza jednak od dr. 147, ale gdy w początku lata leżą śniegi niebezpieczna (wypadki śmiertelne)..."
Patrzę na Lucy - nic nie mówi...
A: No, ale to nie jest początek lata...... Tylko w sumie piszą, że z przewodnikiem... :/
L [mina bezcenna, próbująca wybadać, czy to już jest ta granica między żartem a powagą?...]
A: "(...) krótsza i prostsza orientacyjnie droga na najwyższy szczyt Tatr, nie łatwiejsza jednak od dr. 147, ale gdy w początku lata leżą śniegi niebezpieczna (wypadki śmiertelne)..."
Patrzę na Lucy - nic nie mówi...
A: No, ale to nie jest początek lata...... Tylko w sumie piszą, że z przewodnikiem... :/
L [mina bezcenna, próbująca wybadać, czy to już jest ta granica między żartem a powagą?...]
Oszukać naturę...
Ze względu na wyjątkowo humorzastą pogodę w Tatrach trzeba było niestety kombinować jak się da, aby przechytrzyć naturę i utrafić w najlepszy moment. Z naszych obserwacji wynikało, że najlepsza pogoda była z SAMEGO rano, wręcz tuż po wchodzie słońca. Popołudni już raczej mogło padać + burze itd... W związku z powyższym:
A: To idziemy spać wcześniej - i tak nie ma co robić. I wstajemy o 5:00.
Godz. 20, leżymy w łóżkach, na zewnątrz jeszcze widno, ledwo zmrok zapada...
L: Ania, przecież my nie zaśniemy!
Jednak, że byłyśmy lekko wykończone, około 21 się udało. 5:00 - dzwonią budziki
A: To "JUŻ" trzeba wstawać?...
A: To idziemy spać wcześniej - i tak nie ma co robić. I wstajemy o 5:00.
Godz. 20, leżymy w łóżkach, na zewnątrz jeszcze widno, ledwo zmrok zapada...
L: Ania, przecież my nie zaśniemy!
Jednak, że byłyśmy lekko wykończone, około 21 się udało. 5:00 - dzwonią budziki
A: To "JUŻ" trzeba wstawać?...
To nie może być takie proste.
Na dworcu w Smokovcu
A: Jedziemy do Popradu?
L: Tak...
Po 10 min...
L: Albo jedźmy do Łomnicy już...
A: OK
Po 10 min...
A: O, podjechała.
L: Ale to jedzie do Łomnicy...
A: Fakt...
Olśnienie.
A: Ale jak do Łomnicy, to nie nasza?
Bieg.
A: Jedziemy do Popradu?
L: Tak...
Po 10 min...
L: Albo jedźmy do Łomnicy już...
A: OK
Po 10 min...
A: O, podjechała.
L: Ale to jedzie do Łomnicy...
A: Fakt...
Olśnienie.
A: Ale jak do Łomnicy, to nie nasza?
Bieg.
TEŻ
Sprawdzamy jak wrócić z Popradu kolejką do naszej miejscowości. Trzeba jechać przez Stary Smokoviec w kierunku Tatrzańska Łomnica. Na rozkładzie czytamy: 17:23 POPRAD -> BRATYSLAVA peron 1 17:27 POPRAD -> TATRZAŃSKA ŁOMNICA peron 2 17:27 POPRAD -> STARY SMOKOVIEC TEZ Wniosek - lepiej jechać bezpośrednio do Tatrzańskiej Ł. skoro takie połączenie jest. Tylko trochę dziwne oznaczenie peronu, że niby 17:27 jedzie kolejka do Tarzańskiej Ł. z peronu 2 a o 17:27 do Smokovca z peronu 2 odjeżdża kolejka "też"? Ale jesteśmy zmęczone po całym dniu wcześniej w górach, jest wieczór, wakacje, nie przejmujemy się takimi "szczegółami", i idziemy na bezpośrednią kolejkę do Łomnicy, peron 2, 17:27 Na peronie siedzimy, bilety na kolejkę w ręce, czekamy, 17:10, 17:15, 17:20 - jeszcze pare zdjęć... 17:24... Coś nam jednak nie pasuje w całej tej "oprawie"... bo właściwie to co wjechało na peron przypomina bardziej...
L: To chyba jest pociąg...
A: Hmm... [olśnienie] TEŻ?... - Tatrzańska... Elektryczna... Zelaz........ Mamy 3 minuty, żeby zdążyć na kolejkę do Smokovca - biegniemy!
L: To chyba jest pociąg...
A: Hmm... [olśnienie] TEŻ?... - Tatrzańska... Elektryczna... Zelaz........ Mamy 3 minuty, żeby zdążyć na kolejkę do Smokovca - biegniemy!
Naprzeciw klientowi
Informacja turystyczna w Strbskie Pleso.
A: Czy są może mapy Tatr Wysokich?
Pani: Ale tylko turystyczne i tylko za 4,5 euro.
A: To świetnie, czy możemy zobaczyć taką turystyczną i za 4,5 euro?
A: Czy są może mapy Tatr Wysokich?
Pani: Ale tylko turystyczne i tylko za 4,5 euro.
A: To świetnie, czy możemy zobaczyć taką turystyczną i za 4,5 euro?
Zacznijmy od podstaw...
W tatrzańskiej kolejce spotykamy parę, którą wcześniej już spotkałyśmy w drodze z Krakowa do Zakopanego...
Chłopak: (...) A macie już wykupione ubezpieczenie?
L: Jeszcze nie...
Na końcu języka miałam, że nie mamy jeszcze nawet wykupionej mapy, ale są granice żartów...Zresztą wątpię, żeby zrozumiał...
Chłopak: (...) A macie już wykupione ubezpieczenie?
L: Jeszcze nie...
Na końcu języka miałam, że nie mamy jeszcze nawet wykupionej mapy, ale są granice żartów...Zresztą wątpię, żeby zrozumiał...
W mych oczach chęć odwrotu
Pierwsza wyprawa. Poniedziałek, 26 lipca. Godzina koło 6. Idziemy przez naszą miejscowość w kierunku kolejki tatrzańskiej, zachwycamy się widokami (na moje Imieniny:P). Mamy prowiant na czarną godzinę, krótkie spodnie jakby słońce przygrzało, ciemne okulary, chusteczki na głowę, kremy z filtrem i masę innych rzeczy...
W połowie drogi...
L [rzuca od niechcenia, jakby mimochodem]: Wzięłaś mapę i przewodnik?
Staję i robię krok do tyłu, boję się odpowiedzieć na to tak oczywiste pytanie. Wiem, że to co powiem może nie być satysfakcjonujące, a przynajmniej może nie być tym co pytająca chciałaby usłyszeć...
L: OK, i tak zamierzałam kupić jakąś drugą...
W połowie drogi...
L [rzuca od niechcenia, jakby mimochodem]: Wzięłaś mapę i przewodnik?
Staję i robię krok do tyłu, boję się odpowiedzieć na to tak oczywiste pytanie. Wiem, że to co powiem może nie być satysfakcjonujące, a przynajmniej może nie być tym co pytająca chciałaby usłyszeć...
L: OK, i tak zamierzałam kupić jakąś drugą...
Telefon do TOPR'u
Planujemy pierwszą trasę - cz.II
A: Masz telefon do TOPRu, jakby co?
L: Nie, ale jest na mapie.
A: O, to trzeba to spisać! [po czym szybka dedukcja] Ale przecież bierzemy mapę.
L: Tak.
A: To telefon też będziemy mieć - siłą rzeczy... :D
A: Masz telefon do TOPRu, jakby co?
L: Nie, ale jest na mapie.
A: O, to trzeba to spisać! [po czym szybka dedukcja] Ale przecież bierzemy mapę.
L: Tak.
A: To telefon też będziemy mieć - siłą rzeczy... :D
Rzut beretem do schroniska
Planujemy pierwszą trasę...
A: Wyjdziemy od Strbskiego Plesa, miniemy Vodospad Skok i Pleso nad Skokom, Kozie Plesa i jesteśmy u celu - Capie Pleso.
L: OK. Teoretycznie 1h 50 min. A czy po drodze jest jakieś schronisko jakby co?
A: Na szlaku nie, ale zaraz obok.
L: "obok"?
A: Chata pod Soliskom
L [śmiejąc się]: Faktycznie niedaleko, możemy skoczyć...
sobota, 31 lipca 2010
Na skróty
Dzięki uprzejmości kierowcy, wysiadamy na przystanku Stara Leśna. Jednak tylko przystanku, bo w rzeczywistości miejscowość jest oddalona o około 1 km. Niby nic, ale biorąc pod uwagę:
- duży plecak (nie ważyłam, ale czułam się tak jakbym niosła na plecach dorosłego człowieka)
- mały plecak (w sensie mniejszy od dużego, ale ważący też sporo)
- deszcz
"1 km" zostaje s'challengowany.
Jednak komu w drogę, temu czas. Zakładamy peleryny. Duży plecak na plecy, mały z przodu i ruszamy...
Po 20 minutach takiego marszu...
A: Wiem, że to nie może być daleko... Ale, czy Ty może kojarzysz jak ten pension wygląda?
L: Hmm... Tak... Taki... Zielony. I ma być nad rzeką.
A: Aha.
L [badawczo]: Przecież wysłałam Ci stronkę. Mówiłaś, że widziałaś :>
A: Może bardziej skupiłam się nad wnętrzem... Sorry :-))
Po kolejnych 20 minutach marszu... wyłania się zielony budynek mało widoczny z drogi, za drzewami i szczerym polem.
L: To musi być to. W dodatku słychać szum wody, jakby rzeka.
A [biorąc pod uwagę plecak nr 1+ plecak nr 2 + kapiący na to deszcz] No ja myślę! Tylko czy tam można przejść, przez to szczerze pole?
L [pokazując na ukrytą wśród wysokiej trawy ścieżkę jakby wyjeżdżoną samochodem]: Jest.
Przechodzimy przez pole z minami na twarzy jak byśmy zbliżały się właśnie do Ziemi Obiecanej i... dochodzimy do zielonego budynku, ale dzieli nas od niego... rzeka.
L: Eh... Musimy zawrócić i to obejść.
Kalkuluję ciężar każdego metra/kilometra, który trzeba będzie jeszcze przejść aby dostać się do pensiona, którego właśnie mam na wyciągnięcie ręki, ale jest oddzielony rzeką.
A: Ale czekaj... Jesteś pewna, że miał być zielony?
L: Tak
A: I miał być nad rzeką?
L: Tak.
A: No to zobacz, przejdziemy przez rzekę...
L: Ania, wracamy!
A [desperacja w oczach]: ale tym pniem przejdziemy [drzewo wywrócone przez rzekę tak, że łączyło 2 brzegi]
L [Patrzy na mnie z niedowierzaniem. Ona nigdy się na mnie nie denerwuje, jednak teraz jej głos przyjmuje stanowczy, sprowadzający na ziemię ton.] Ania. Nie denerwuj mnie!
- duży plecak (nie ważyłam, ale czułam się tak jakbym niosła na plecach dorosłego człowieka)
- mały plecak (w sensie mniejszy od dużego, ale ważący też sporo)
- deszcz
"1 km" zostaje s'challengowany.
Jednak komu w drogę, temu czas. Zakładamy peleryny. Duży plecak na plecy, mały z przodu i ruszamy...
Po 20 minutach takiego marszu...
A: Wiem, że to nie może być daleko... Ale, czy Ty może kojarzysz jak ten pension wygląda?
L: Hmm... Tak... Taki... Zielony. I ma być nad rzeką.
A: Aha.
L [badawczo]: Przecież wysłałam Ci stronkę. Mówiłaś, że widziałaś :>
A: Może bardziej skupiłam się nad wnętrzem... Sorry :-))
Po kolejnych 20 minutach marszu... wyłania się zielony budynek mało widoczny z drogi, za drzewami i szczerym polem.
L: To musi być to. W dodatku słychać szum wody, jakby rzeka.
A [biorąc pod uwagę plecak nr 1+ plecak nr 2 + kapiący na to deszcz] No ja myślę! Tylko czy tam można przejść, przez to szczerze pole?
L [pokazując na ukrytą wśród wysokiej trawy ścieżkę jakby wyjeżdżoną samochodem]: Jest.
Przechodzimy przez pole z minami na twarzy jak byśmy zbliżały się właśnie do Ziemi Obiecanej i... dochodzimy do zielonego budynku, ale dzieli nas od niego... rzeka.
L: Eh... Musimy zawrócić i to obejść.
Kalkuluję ciężar każdego metra/kilometra, który trzeba będzie jeszcze przejść aby dostać się do pensiona, którego właśnie mam na wyciągnięcie ręki, ale jest oddzielony rzeką.
A: Ale czekaj... Jesteś pewna, że miał być zielony?
L: Tak
A: I miał być nad rzeką?
L: Tak.
A: No to zobacz, przejdziemy przez rzekę...
L: Ania, wracamy!
A [desperacja w oczach]: ale tym pniem przejdziemy [drzewo wywrócone przez rzekę tak, że łączyło 2 brzegi]
L [Patrzy na mnie z niedowierzaniem. Ona nigdy się na mnie nie denerwuje, jednak teraz jej głos przyjmuje stanowczy, sprowadzający na ziemię ton.] Ania. Nie denerwuj mnie!
Kto pyta nie błądzi
Jedziemy pierwszy raz w Tatry Wysokie SK - me and Lucy. Oczywiście droga jak i okolice w które mamy dotrzeć nie są nam znane - nie odważę się na stwierdzenie, że jedziemy w ciemno, bo jednak mapy mamy, przewodnik mamy, nocleg zarezerwowany mamy. Wiemy, że z autobusu z Zakopanego mamy wysiąść na przystanku Tatrzańska Łomnica (Zakopane - T.Ł. to trasa, którą obejmuje nasz bilet), a stamtąd dostać się (jeszcze nie wiemy jak) do Starej Leśnej... Jedziemy już tak z półtorej godziny, a miałyśmy 1,15 więc naturalnie zaczynamy się zastanawiać...
L: Hmm... Żebyśmy tylko nie przegapiły
A: Coś Ty. To jedna z głównych miejscowości. NAPEWNO zauważymy!
Po 5 min od tego wjeżdżamy na drewniany, niepozorny przystaneczek podpisany... "Tatrzańska Łomnica"
A: ?
L [do kierowcy]: Czy to Łomnica?
Kierowca: Tak, Łomnica.
A i L [razem]: ale... Tatrzańska??
Kierowca: ? Tak, Łomnica. Tatrzańska.
Nie ruszamy się z miejsc patrząc na zmianę na przystanek i na kierowcę.
Kierowca: Hmm... No dobrze, to podwieźć Was do przystanku Stara Leśna?
A i L [razem]: Takkk! Prosimy!
L: Hmm... Żebyśmy tylko nie przegapiły
A: Coś Ty. To jedna z głównych miejscowości. NAPEWNO zauważymy!
Po 5 min od tego wjeżdżamy na drewniany, niepozorny przystaneczek podpisany... "Tatrzańska Łomnica"
A: ?
L [do kierowcy]: Czy to Łomnica?
Kierowca: Tak, Łomnica.
A i L [razem]: ale... Tatrzańska??
Kierowca: ? Tak, Łomnica. Tatrzańska.
Nie ruszamy się z miejsc patrząc na zmianę na przystanek i na kierowcę.
Kierowca: Hmm... No dobrze, to podwieźć Was do przystanku Stara Leśna?
A i L [razem]: Takkk! Prosimy!
piątek, 23 lipca 2010
Praca za jeden uśmiech
Koleżanka ma chwilowe wypalenie i staramy się coś z tym zrobić.
Koleżanka: (...) no zupełnie nie mam motywacji do tej roboty
Ja: hmm... to może to nie jest praca dla Ciebie?
Koleżanka: nie wiem...
Ja: To zastanówmy się co Ty jeszcze mogłabyś robić...
Koleżanka: hmm...
Ja: Może chciałabyś być... PRowcem
Koleżanka: No trochę jakby jestem już więc nie...
Ja: To może chciałabyć być... Nauczycielem?
Koleżanka: Nie
Ja: Tłumaczem?
Koleżanka [chwila zastanowienia]: yy... nnnie....
Ja: Przewodnikiem?
Koleżanka: Nie.
Ja: Ale mogłabyś ich oprowadzać np. po angielsku, to by było fajne, nie? Lubisz mieć kontakt z ludźmi itd.
Koleżanka: No niby tak, kiedyś o tym myślałam, a musiałabym się znowu uczyć o tym o czym chcę im mówić, a nie chce mi się.
Ja: Ech... To nie wiem... A może jest coś innego co chciałabyś robić... Wiesz... w czym jesteś dobra i co sprawia Ci przyjemność?...
Koleżanka:....no... Lubię np. się uśmiechać do obcokrajowców i sprawia mi to przyjemność :]
Koleżanka: (...) no zupełnie nie mam motywacji do tej roboty
Ja: hmm... to może to nie jest praca dla Ciebie?
Koleżanka: nie wiem...
Ja: To zastanówmy się co Ty jeszcze mogłabyś robić...
Koleżanka: hmm...
Ja: Może chciałabyś być... PRowcem
Koleżanka: No trochę jakby jestem już więc nie...
Ja: To może chciałabyć być... Nauczycielem?
Koleżanka: Nie
Ja: Tłumaczem?
Koleżanka [chwila zastanowienia]: yy... nnnie....
Ja: Przewodnikiem?
Koleżanka: Nie.
Ja: Ale mogłabyś ich oprowadzać np. po angielsku, to by było fajne, nie? Lubisz mieć kontakt z ludźmi itd.
Koleżanka: No niby tak, kiedyś o tym myślałam, a musiałabym się znowu uczyć o tym o czym chcę im mówić, a nie chce mi się.
Ja: Ech... To nie wiem... A może jest coś innego co chciałabyś robić... Wiesz... w czym jesteś dobra i co sprawia Ci przyjemność?...
Koleżanka:....no... Lubię np. się uśmiechać do obcokrajowców i sprawia mi to przyjemność :]
What the fuck w ogóle?!
Spotkanie przy piwie... (z serii "po wypłacie") Kolega Holender opowiada wszystkim historię o ośmiornicy, która typuje wyniki Mundialu.
Patysio przychodzi spóźniona, więc proszę Kolegę o opowiedzenie jeszcze raz tej historii, dziś już pewnie z 10 raz...
Kolega: There is an octopus whose name is Paul... It sits in a box and predicts the results of Mundial. With his paw it indicates the shell with a flag of the team inside that will win. It is always right except for finals. For now it predicted that Spain will win, but you know - it is always right except for finals, so it is obvious that Holland will win!:]
Patysio:But... I don't understand...
Kolega [znaczące spojrzenie na mnie]: Maybe tell her, tell her in Polish
Patysio: No, no... I understand English!
Kolega:?
Patysio: But... I don't get it... I don't know........... What the fuck w ogóle?!
Patysio przychodzi spóźniona, więc proszę Kolegę o opowiedzenie jeszcze raz tej historii, dziś już pewnie z 10 raz...
Kolega: There is an octopus whose name is Paul... It sits in a box and predicts the results of Mundial. With his paw it indicates the shell with a flag of the team inside that will win. It is always right except for finals. For now it predicted that Spain will win, but you know - it is always right except for finals, so it is obvious that Holland will win!:]
Patysio:But... I don't understand...
Kolega [znaczące spojrzenie na mnie]: Maybe tell her, tell her in Polish
Patysio: No, no... I understand English!
Kolega:?
Patysio: But... I don't get it... I don't know........... What the fuck w ogóle?!
Subskrybuj:
Posty (Atom)