W pewnym banku...
Przychodzi klient do obsługi klienta:
Klient: Proszę 100 zł
Kasjerka: Poproszę nazwisko?
Klient: Ale po co pani moje nazwisko?
Kasjerka: Hmm?.. Muszę sprawdzić stan konta :>
Klient [bez zawahania]: Ale ja nie mam u Was konta.
Kasjerka [zdziwiona]: To jak w takim razie chce pan dostać 100 zł?
Klient [nie rozumie o co halo]: Normalnie. Pani mi pożyczy 100 zł, a ja oddam w poniedziałek!
Kasjerka [w szoku]: Nie pożyczę Panu.
Klient: Ale dlaczego??
Kasjerka: Bo ja Pana nie znam.
Klient [uspokajającym tonem]: Ja Pani też nie znam.
Kasjerka: No nie pożyczę Panu! Nie mam!
Klient [rozglądając się po osłupiałych konsultantach]: A może ktoś inny mógłby mi pożyczyć?
wtorek, 23 listopada 2010
czwartek, 18 listopada 2010
Droga buła
Siedzimy, pracujemy, nagle wpada kolega. Zamiast przysłowiowego "cześć", "dzień dobry" itp. opowiada zaaferowany:
Kolega: Słuchajcie kupiłem 4 bułki. Zapłaciłem 3 złote. TRZY ZŁOTE za 4 BUŁKI!! :|
[chwila przemyślenia i kontynuuje kręcąc głową] ...to ja rozumiem, że te bułki to się nie wiem... SAME ROZKROJĄ itd?.....
Kolega: Słuchajcie kupiłem 4 bułki. Zapłaciłem 3 złote. TRZY ZŁOTE za 4 BUŁKI!! :|
[chwila przemyślenia i kontynuuje kręcąc głową] ...to ja rozumiem, że te bułki to się nie wiem... SAME ROZKROJĄ itd?.....
niedziela, 14 listopada 2010
Słowo na niedzielę: Postanowienie poprawy
Kazania o "końcu świata" ciąg dalszy. Ksiądz próbuje przywołać jasny przykład z życia, ad. postanowienia poprawy, który najwyraźniej będzie zrozumiały z perspektywy dziecka...
Ksiądz: Czy dostał ktoś ostatnio jedynkę?
Chłopiec: Tak.
Ksiądz: I co sobie wtedy postanowiłeś? :>
Chłopiec: Nic.
Ksiądz [zdezorientowany, ale próbuje ratować dialog]: yyy... a co Ci na tą jedynkę powiedzieli rodzicie? hmm???
Chłopiec: Nic.
Ksiądz: Czy dostał ktoś ostatnio jedynkę?
Chłopiec: Tak.
Ksiądz: I co sobie wtedy postanowiłeś? :>
Chłopiec: Nic.
Ksiądz [zdezorientowany, ale próbuje ratować dialog]: yyy... a co Ci na tą jedynkę powiedzieli rodzicie? hmm???
Chłopiec: Nic.
Słowo na niedzielę: Koniec świata
Kazanie dla dzieci... Motyw przewodni "koniec świata". Ksiądz poddaje kolejno dzieciom mikrofon, aby odpowiedziały na pytanie "co byś zrobił, gdyby okazało się, że koniec świata będzie za 5 minut?"
Dziecko 1: yyy szybko do spowiedzi!
Dziecko 2: schować się do szafy!
Dziecko 3: zacząłbym uciekać!
Dziecko 4: a ja bym się zabił!
Dziecko 1: yyy szybko do spowiedzi!
Dziecko 2: schować się do szafy!
Dziecko 3: zacząłbym uciekać!
Dziecko 4: a ja bym się zabił!
Takie skarby, że hej!
Przystanek otoczony jest barierką ze słupkami, po których wbrew karcącym uwagom swojej matki spina i wiesza się 4 letni chłopczyk... Chłopiec ściąga przy tym czapkę z daszkiem, którą wiesza na słupkach ogrodzenia...
Nagle w całej zabawie dochodzi do dramatu...
Chłopiec staje wryty i krzyczy...
Chłopiec: :-( Mama! Gdzie jest moja czaaaaapkaaa???? [a czapka wisi za nim na słupku, z tym, że sam zapomniał, że ją tam powiesił...]
Mama [widzi czapkę, ale jest wkurzona]: Nie słuchałeś mnie? To teraz się rozpłacz jeszcze...
Chłopiec [prawie w spazmach...] : Mah-moh!!!! ;-( Czapka mi musiała wlecieć za o-grh-o- dzenie!!! ;-(((
Mama [z ulitowaniem i jednoczesną irytacją]: przecież wisi na słupku!!
Chłopiec [z miną jak by Mikołaj mu przyniósł wszystko o czym napisał w liście]: JEST!!!! :]
Podbiega do ogrodzenia, zakłada i biegiem do mamy i opowiada zaaferowany:
Chłopiec: bo ja myślałem, że mi spadła, za ogrodzenie! a ona poprostu wisiała na słupku! ufff! :]
Mama - brak reakcji. Chłopiec chwila ciszy, a podczas niej najwyraźniej czas na reflekcję... bo po 2 minutach pyta:
Chłopiec [bardzo poważnie]: Mamo... a co by było jak by ta czapka się nie znalazła? :> Czy ja mam w domu jakieś inne czapki????....
Potem cisza... Mama cisza, chłopiec cisza... Nagle podjeżdża bus...
Chłopiec: ....zzzaraz, zarazzz.... a... gdzie ja mam mój kamyczek?.........
Nagle w całej zabawie dochodzi do dramatu...
Chłopiec staje wryty i krzyczy...
Chłopiec: :-( Mama! Gdzie jest moja czaaaaapkaaa???? [a czapka wisi za nim na słupku, z tym, że sam zapomniał, że ją tam powiesił...]
Mama [widzi czapkę, ale jest wkurzona]: Nie słuchałeś mnie? To teraz się rozpłacz jeszcze...
Chłopiec [prawie w spazmach...] : Mah-moh!!!! ;-( Czapka mi musiała wlecieć za o-grh-o- dzenie!!! ;-(((
Mama [z ulitowaniem i jednoczesną irytacją]: przecież wisi na słupku!!
Chłopiec [z miną jak by Mikołaj mu przyniósł wszystko o czym napisał w liście]: JEST!!!! :]
Podbiega do ogrodzenia, zakłada i biegiem do mamy i opowiada zaaferowany:
Chłopiec: bo ja myślałem, że mi spadła, za ogrodzenie! a ona poprostu wisiała na słupku! ufff! :]
Mama - brak reakcji. Chłopiec chwila ciszy, a podczas niej najwyraźniej czas na reflekcję... bo po 2 minutach pyta:
Chłopiec [bardzo poważnie]: Mamo... a co by było jak by ta czapka się nie znalazła? :> Czy ja mam w domu jakieś inne czapki????....
Potem cisza... Mama cisza, chłopiec cisza... Nagle podjeżdża bus...
Chłopiec: ....zzzaraz, zarazzz.... a... gdzie ja mam mój kamyczek?.........
Inny wymiar
Starsza Pani, mocno starszy Pan jadą obok siebie w autobusie 304 Kraków-Wieliczka.
Na moje oko pasowaliby do siebie, ale z rozmowy wynika, że jednak się nie znają... Choć może by i chcieli się poznać.. Może nie było nic zabawnego w tej rozmowie, może to NIC, ale ja widziałam w nich jakiś taki inny wymiar, którego wiem, że i tak nie opisze, bo inaczej jest samemu widzieć obraz, czuć może jeszcze zapach farby, węgla czy pasteli niżli słuchać jak ktoś Ci o nim opowiada... Jednak na upartego spróbuję opisać ten "tęczowy strumień", w którym można się było znaleźć obserwując ich gesty i słowa wskazujące na spokój życia i taki ogólny "kontent" znajdywany w prostych elementach otoczenia i wytyczonych przyziemnych celach dnia codziennego zastępujących pogoń za czymś bliżej nieokreślonym...
/a może faktycznie w tym nic nie ma, tylko ogarnął mnie siakiś taki "romantyczny" nastrój ;-) czy coś... /
Starszy Pan: kiedy będzie Biedronka?
Starsza Pani [zaaferowana pytaniem stawia na nogi innych pasażerów]: gdzie jesteśmy? gdzie jesteśmy? ponieważ Pan... jedzie pod Biedronkę w Wieliczce!
Pasażerka: to następny przystanek...
Więc nie ma dużo czasu, ale Starsza Pani nie marnuje okazji i już półgłosem [zresztą bardzo miłym] zagaduje Pana...
Starsza Pani: a Pan mieszka w Wieliczce?
Starszy Pan: Tak...
Starsza Pani: a Pan... całe życie w Wieliczce?
Starszy Pan : Słucham?
Starsza Pani: a Pan... całe życie w Wieliczce, czy... bywało się "tu i tam"?... :-)))
Dalszego ciągu rozmowy nie słuchałam, ale skończyło się na czymś w stylu:
Starszy Pan: (...) sukinsyny, wykończyli Polskę...
I rozstali się z uśmiechem... Czy spotkają się jeszcze? Nie wiem, ale spojrzałam jeszcze na Panią, gdy wysiadałam, która miała minę w stylu "Nie mogę Cię zapomnieć..."
Na moje oko pasowaliby do siebie, ale z rozmowy wynika, że jednak się nie znają... Choć może by i chcieli się poznać.. Może nie było nic zabawnego w tej rozmowie, może to NIC, ale ja widziałam w nich jakiś taki inny wymiar, którego wiem, że i tak nie opisze, bo inaczej jest samemu widzieć obraz, czuć może jeszcze zapach farby, węgla czy pasteli niżli słuchać jak ktoś Ci o nim opowiada... Jednak na upartego spróbuję opisać ten "tęczowy strumień", w którym można się było znaleźć obserwując ich gesty i słowa wskazujące na spokój życia i taki ogólny "kontent" znajdywany w prostych elementach otoczenia i wytyczonych przyziemnych celach dnia codziennego zastępujących pogoń za czymś bliżej nieokreślonym...
/a może faktycznie w tym nic nie ma, tylko ogarnął mnie siakiś taki "romantyczny" nastrój ;-) czy coś... /
Starszy Pan: kiedy będzie Biedronka?
Starsza Pani [zaaferowana pytaniem stawia na nogi innych pasażerów]: gdzie jesteśmy? gdzie jesteśmy? ponieważ Pan... jedzie pod Biedronkę w Wieliczce!
Pasażerka: to następny przystanek...
Więc nie ma dużo czasu, ale Starsza Pani nie marnuje okazji i już półgłosem [zresztą bardzo miłym] zagaduje Pana...
Starsza Pani: a Pan mieszka w Wieliczce?
Starszy Pan: Tak...
Starsza Pani: a Pan... całe życie w Wieliczce?
Starszy Pan : Słucham?
Starsza Pani: a Pan... całe życie w Wieliczce, czy... bywało się "tu i tam"?... :-)))
Dalszego ciągu rozmowy nie słuchałam, ale skończyło się na czymś w stylu:
Starszy Pan: (...) sukinsyny, wykończyli Polskę...
I rozstali się z uśmiechem... Czy spotkają się jeszcze? Nie wiem, ale spojrzałam jeszcze na Panią, gdy wysiadałam, która miała minę w stylu "Nie mogę Cię zapomnieć..."
niedziela, 7 listopada 2010
Oznajmiam, że się spóźnię
Siedzimy, pracujemy, odzywa się koleżanka do swojego szefa:
Koleżanka: [Szefie] a będzie dziś [Kolega X]? Zawsze był o wcześnie, a jest już 9:30 i trochę się martwię...
Szef koleżanki [spoglądając na telefon]: o! napisał mi sms-a z zapytaniem...
Koleżanka: a z jakim?
Szef koleżanki: "Będę o 10:00 i wyjdę o 15:00."
Kolega: To właściwie nie jest pytanie, tylko stwierdzenie...
Koleżanka: [Szefie] a będzie dziś [Kolega X]? Zawsze był o wcześnie, a jest już 9:30 i trochę się martwię...
Szef koleżanki [spoglądając na telefon]: o! napisał mi sms-a z zapytaniem...
Koleżanka: a z jakim?
Szef koleżanki: "Będę o 10:00 i wyjdę o 15:00."
Kolega: To właściwie nie jest pytanie, tylko stwierdzenie...
Taaaka impreza! ;-)
Impreza firmowa... Stoimy grupą paru osób przed knajpą... Kolega żegna się wcześniej oznajmiając, że wraca do domu i kieruję się na lewo od nas... Jednak, że się lekko "zachwiał", to żartobliwie "docinam":
Ja: Heej! Ale trafisz?! Czy zamówić Ci taksówkę? :P
Kolega zawraca, uśmiech od ucha do ucha... Patrzymy z zaciekawieniem i o dziwo mija nas i teraz kieruje się w przeciwnym kierunku...
Kolega: Nie trzeba taksówki, mam transport... Ale dobrze, że mnie uświadomiliście, że idę w złą stronę!... :P
:D
Ja: Heej! Ale trafisz?! Czy zamówić Ci taksówkę? :P
Kolega zawraca, uśmiech od ucha do ucha... Patrzymy z zaciekawieniem i o dziwo mija nas i teraz kieruje się w przeciwnym kierunku...
Kolega: Nie trzeba taksówki, mam transport... Ale dobrze, że mnie uświadomiliście, że idę w złą stronę!... :P
:D
Siła przyzwyczajenia
Kolega A: (...) no i generalnie mamy taki rytuał z synem... zawsze mu muszę dać butelkę przed snem, wtedy dłużej śpi... i generalnie nie może się odzwyczaić...
Kolega B: yy tzn. Ty, czy syn?
:-)
Kolega B: yy tzn. Ty, czy syn?
:-)
Z ogłoszeń dusz pasterskich
W pewnej parafii, gdzie ogłoszenia (20 min) trwają dłużej niż sama adoracja (5 min), fragment 20 minutowej wypowiedzi, w której przewodnim motto była kostka brukowa (na którą ksiądz musiał się "zapożyczyć"), którą ufundował pewien pan (kandydat do wyborów samorządowych):
Ksiądz: [...] kostka ta jest kostką najdroższą z możliwych... Jej koszt to około 800 zł za m2 jednak dzięki panu X, udało się tę cenę obniżyć o 50%. Dzięki temu w sumie, ponieśliśmy koszty niższe o 10 tys. Gdyby nie pomoc pana X, kostka byłaby jednak droższa o 10 tys.... [...]
Ksiądz: [...] kostka ta jest kostką najdroższą z możliwych... Jej koszt to około 800 zł za m2 jednak dzięki panu X, udało się tę cenę obniżyć o 50%. Dzięki temu w sumie, ponieśliśmy koszty niższe o 10 tys. Gdyby nie pomoc pana X, kostka byłaby jednak droższa o 10 tys.... [...]
Tłum ponad nerwy
Bus zatrzymuje się na przystanku. Wsiadają ludzie, ale nie ma już miejsc siedzących, więc stoją. Bus powoli się zapełnia. Słychać głos 4-letniego chłopczyka siedzącego na samym końcu z mamą...
Chłopczyk: Mamo! Tyle ludzi wsiada do nasego busa, ze zaraz mnie slag trafi!...
Chłopczyk: Mamo! Tyle ludzi wsiada do nasego busa, ze zaraz mnie slag trafi!...
Subskrybuj:
Posty (Atom)