sobota, 3 stycznia 2015

Nigdy nie jest za późno

Gdy po prawie 7 latach w jednym miejscu odchodziłam z pracy, jedną z rzeczy jakie musiałam zrobić to oczywiście uzupełnić obiegówkę. Gdy tak chodziłam od działu do działu przy okazji nie obyło się bez sentymentalnych rozmów itd. :-) Gdy jednego razu jedna z koleżanek podpisywała moją obiegówkę, druga ni z tego ni z owego, zza biurka z drugiej strony pokoju rzuciła:

Koleżanka: Masz bardzo ładne nazwisko, Aniu.

Koleżanka (podpisując obiegówkę): ...I Basia czekała 7 lat, żeby Ci to powiedzieć.

Także nigdy nie jest za późno na żadne wyznania :-)

piątek, 2 stycznia 2015

Jak wyprowadzić z równowagi lekarza

Na początku tygodnia niewinnie zaczął mi się katar... Mimo dosłownie masy leków, które w tym tygodniu już kupiłam i zużyłam z tej okazji, tenże katar przechodził systematycznie w coraz to nowe objawy przeziębieniowe...

Podirytowana tym, że moje jakże staranne poczynania idą na marne, i tym, że kolejną noc nie śpię przez katar i ból gardła, postanowiłam, że pójdę jednak do lekarza. Szczególnie, że zależy mi na wyzdrowieniu do następnego tygodnia. W głowie jakoś tak zakwitła mi myśl, że wezmę antybiotyk, wszystko minie jak ręką odjął itd. Nie jestem     z tych, którzy za wszelką cenę unikają takich rzeczy. Jest choroba. Jest antybiotyk. Nie ma choroby. Sprawa dla mnie prosta ;-)
 
W gabinecie rutynowe badanie (tu cenzura na przebieg badania - które i tak swoją drogą było dość jak na moje oko pobieżne, ale nie w tym sęk tego posta). Po badaniu pani doktor zasiada za biurkiem.

Pani doktor: To się na pewno nie nadaje na antybiotyk.

Ja [Zwykle nie zadaje takich pytań osobie, która w danych sprawach ma większy autorytet, ale choroba robi swoje, człowiek staje się "przygłupi",a poza tym pani zburzyła mój plan, który miałam w głowie]: Jest pani pewna?...

Pani doktor: Tak, taka infekcja utrzymuje się do 7 dni. Pani już trochę choruje, więc niedługo powinno być w porządku. Wypiszę pani mocniejszy zestaw leków jeśli obecne nie zadziałały jak trzeba i w poniedziałek jeśli coś panią jeszcze zaniepokoi to zapraszam do kontroli.

I wypisała... Długą listę (na kolejnych zresztą ładnych wieeele złotych). Myślę, no dobrze. Byle była skuteczna. Biorę listę, dziękuję. Wstaję. I stoję jeszcze przy biurku jak natrętny klient, składając pieczołowicie karteczkę z lekami i grając na czas żeby zadać jakieś jeszcze pytanie (tak jakoś żeby mieć gwarant "bezpieczeństwa", że to faktycznie "infekcja" i za pare dni będzie po sprawie) czując na sobie już lekko ponaglający wzrok pani doktor. Podobno nie ma głupich pytań, więc proszę mnie oceniać :D, ale takie o to mi przyszło do głowy (?!):

Ja: Czy myśli pani, że te leki ZADZIAŁAJĄ?

W tym momencie widząc minę pani doktor uświadomiłam sobie jak to zabrzmiało, ale widząc panią trzymającą się za głowę i biorącą głębszy oddech przed odpowiedzią, było już jakby za późno żeby wziąć karteczkę i wyjść.

Pani doktor [nawet chyba z lekkim już nawet pobłażliwym uśmiechem]: Czy pani myśli, że gdybym ja uważała, że te leki nie zadziałają, to bym je pani wypisała???.... Przecież to by było... by była... jakaś głupota... albo nawet okrucieństwo z mojej strony!...

Już nie miałam nic mądrego do dodania, więc z uśmiechem podziękowałam jeszcze raz      i wyszłam... Ale w sumie nie żałuję, ta odpowiedź mnie przekonała. Jednak taka myśl mnie jeszcze dręczy - czy ja się nie upodabniam do pań w wieku starszym? W końcu już jestem po tej 3-ciej przecenie... ;-)