Kolega w drodze do pracy widział koleżankę w okolicach gdzie zawsze parkuje - oboje zmotoryzowani.
Kolega: I gdzie zaparkowałaś?
Koleżanka: Za Tobą! Ale wiesz, za dużo miejsca mi nie zostawiłeś... Jak byś podjechał bliżej, to nie musiałabym stawać za tobą tak na styk ;-)
Kolega: Dobra, dobra! Kiedyś tak podjechałem, to tak mnie blisko obstawili, że nie mogłem wyjechać. Od tej pory już zawsze sobie zostawiam więcej miejsca.
Koleżanka: Tylko się za bardzo dziś nie cofaj, bo ja naprawdę blisko Ciebie stanęłam.
Kolega [pełna powaga]: Ale mam nadzieje, że nie porysowałaś zderzaka?...
środa, 14 listopada 2012
niedziela, 14 października 2012
Więzi rodzinne
Znajoma koleżanki ma córkę w wieku ok. 8 lat. Jednego razu córka pokłóciła się z ojcem - jak to w rodzinie bywa. Mama chciała dziecko podejść "na logikę":
Mama: Słuchaj kochanie, musisz być grzeczna i nie kłócić się z tatą. Czy możesz sobie wyobrazić jak by było gdybyśmy się wszyscy nie kłócili i wzajemnie szanowali? Byłoby miło, prawda?
Córka: Nie.
Mama [zaskoczona odpowiedzią - szczególnie po tonie wypowiedzi oznaczającym, że nie jest to takie "nie" tylko z przekory, a "nie" przemyślane]: Dlaczego?
Córka: Bo widzisz mamusiu... Jak kiedyś umrzecie to mi nie będzie szkoda jak sobie pomyślę, że się tak kłóciliśmy...
Rodzicielkę jak się spodziewam musiało w pierwszej chwili zamurować... :D
Mama: Słuchaj kochanie, musisz być grzeczna i nie kłócić się z tatą. Czy możesz sobie wyobrazić jak by było gdybyśmy się wszyscy nie kłócili i wzajemnie szanowali? Byłoby miło, prawda?
Córka: Nie.
Mama [zaskoczona odpowiedzią - szczególnie po tonie wypowiedzi oznaczającym, że nie jest to takie "nie" tylko z przekory, a "nie" przemyślane]: Dlaczego?
Córka: Bo widzisz mamusiu... Jak kiedyś umrzecie to mi nie będzie szkoda jak sobie pomyślę, że się tak kłóciliśmy...
Rodzicielkę jak się spodziewam musiało w pierwszej chwili zamurować... :D
poniedziałek, 8 października 2012
Ach te daty...
Impreza urodzinowa nad wyraz udana:
Kolega: To kiedy powtarzamy? Może za miesiąc?
Koleżanka: Nie... wtedy wypada Święto Zmarłych.
Kolega: Tak?
Koleżanka: No! 11 listopada!
Trzeba nam wybaczyć, bo to już jednak jest pewien wiek... ;-)
Kolega: To kiedy powtarzamy? Może za miesiąc?
Koleżanka: Nie... wtedy wypada Święto Zmarłych.
Kolega: Tak?
Koleżanka: No! 11 listopada!
Trzeba nam wybaczyć, bo to już jednak jest pewien wiek... ;-)
Święta święta...
Impreza urodzinowa c.d. Zapalamy świeczki na torcie - tyle ile w opakowaniu, więcej nie było (to już niestety ten wiek :D).
Koleżanka: Ale pięknie! Zaczynam czuć święta :-)))
Kolega: No tak... To już niedługo... Wszystkich Świętych...
Koleżanka: Ale pięknie! Zaczynam czuć święta :-)))
Kolega: No tak... To już niedługo... Wszystkich Świętych...
Że gdzie?
Sobota. Impreza urodzinowa. Spóźniona wpada koleżanka...
Koleżanka: Sorki, że tak późno, ale miałam tak ciężki dzień... Jestem wykończona!...
Ktoś: Byłaś w pracy?
Koleżanka: Gdzie??
Koleżanka: Sorki, że tak późno, ale miałam tak ciężki dzień... Jestem wykończona!...
Ktoś: Byłaś w pracy?
Koleżanka: Gdzie??
Interpretacja snu
Z niedzieli na poniedziałek w nocy miałam tak intrygujący sen, że nie mogłam się nie podzielić opowieścią o nim koledze, który właśnie przyszedł do pracy... Kiedy skończyłam opowiadać zwróciłam się z pytaniem do mojego słuchacza:
Ja: Ciekawe co to by mogło oznaczać?...
Kolega [z miną bardzo poważną]: Ja wiem.
Ja [w sumie zaskoczona, bo zadając to pytanie nie spodziewałam się odpowiedzi]: Tak?...
Kolega [przytaknął głową]: Nie jedz za dużo na noc i nie bierz przed snem tego co wczoraj brałaś.
Prosta, męska logika... ;-)
Ja: Ciekawe co to by mogło oznaczać?...
Kolega [z miną bardzo poważną]: Ja wiem.
Ja [w sumie zaskoczona, bo zadając to pytanie nie spodziewałam się odpowiedzi]: Tak?...
Kolega [przytaknął głową]: Nie jedz za dużo na noc i nie bierz przed snem tego co wczoraj brałaś.
Prosta, męska logika... ;-)
wtorek, 25 września 2012
Bo naprawdę jest piękna pogoda!
Wychodząc w pracy na spotkanie z uwagi, ze za oknem poprostu "rozpętało" się słońce nie omieszkam nadamienić:
Ja: Ale jest piękna pogoda!
Wracam ze spotkania, siedzimy pracujemy, mija chwila czasu... Jednak pogoda ta sama, toteż postanawiam to jeszcze raz skomentować:
Ja: Ależ jest piękna pogoda!
Kolega: Chyba mam deja vu...
Ja: Ale jest piękna pogoda!
Wracam ze spotkania, siedzimy pracujemy, mija chwila czasu... Jednak pogoda ta sama, toteż postanawiam to jeszcze raz skomentować:
Ja: Ależ jest piękna pogoda!
Kolega: Chyba mam deja vu...
Wartość odżywcza w cenie
Podczas obiadu w przerwie w pracy...
Kolega 1 [Do Kolegi 2]: A Ty co? Odchudzasz się?
Kolega 2: Dlaczego?
Kolega 1: Bo nie wziąłeś dziś zupy.
Kolega 2: Że nie wziąłem zupy, to znaczy, że się odchudzam?
Ja: Ale przecież wziął Pepsi!
Kolega 3: A w takiej Pepsi, to pewnie kalorii tyle co w 3 zupach!
Kolega 1: No właśnie. A cena ta sama.
Kolega 1 [Do Kolegi 2]: A Ty co? Odchudzasz się?
Kolega 2: Dlaczego?
Kolega 1: Bo nie wziąłeś dziś zupy.
Kolega 2: Że nie wziąłem zupy, to znaczy, że się odchudzam?
Ja: Ale przecież wziął Pepsi!
Kolega 3: A w takiej Pepsi, to pewnie kalorii tyle co w 3 zupach!
Kolega 1: No właśnie. A cena ta sama.
Rozwód z powodu różnicy zdań o pięknie drzewa
Przerwa w drodze do Dubrownika. Oglądamy 100-letnie drzewo - Platan. Olbrzymi, robiący wrażenie, konary podparte betonowymi blokami, ponieważ są tak ciężkie, że mogłyby się złamać.
Każdy chce mieć zdjęcie platana, zdjęcie kory platana, zdjęcie gałązki platana, zdjęcie listka platana etc...
Wśród uczestników tego wydarzenia jest małżeństwo z dzieckiem...
Mąż: A mnie się to drzewo... w sumie... w ogóle nie podoba.
Żona [z niesmakiem do męża]: Proszę Cię. Nie mów nic. Nie mów już nic więcej, bo zmienię zdanie i się z Tobą rozwiodę...
Każdy chce mieć zdjęcie platana, zdjęcie kory platana, zdjęcie gałązki platana, zdjęcie listka platana etc...
Wśród uczestników tego wydarzenia jest małżeństwo z dzieckiem...
Mąż: A mnie się to drzewo... w sumie... w ogóle nie podoba.
Żona [z niesmakiem do męża]: Proszę Cię. Nie mów nic. Nie mów już nic więcej, bo zmienię zdanie i się z Tobą rozwiodę...
Autorytet rodzicielski
Matka wsiada do autobusu z 8 letnią córką, która wyraźnie jest nadąsana i niepocieszona...
Matka: Oj... Słuchaj ojca. On dobrze mówi.
Dziecko jednak nadal wydaje się niepocieszone tym argumentem...
Matka [zrezygnowana]: Ależ musisz mu wybaczyć, bo on już jest staaaary...
Matka: Oj... Słuchaj ojca. On dobrze mówi.
Dziecko jednak nadal wydaje się niepocieszone tym argumentem...
Matka [zrezygnowana]: Ależ musisz mu wybaczyć, bo on już jest staaaary...
Cyk cyk!
Podczas podróży autokarem do Bośni i Hercegowiny, siedzi przed nami małżeństwo - Polak, Czeszka, wiek ok. 60 (ona) - 70 (on) lat. On, mimo podeszłego wieku robi trzeba przyznać super zdjęcia (jak "nieopatrznie" :P udało mi się wcześniej podejrzeć przez ramie) małżonki je przeglądającej, na jak na moje amatorskie oko, aparacie...
Pilotka: Proszę Państwa, proszę teraz przygotować aparaty, ponieważ po prawej stronie pojawi się przed nami za chwilę wspaniały widok!
Nie minęły 2 min i faktycznie jak na zamówienie, pojawił się! Słychać cykanie aparatów jak na japońskiej wycieczce. Jest też ryzyko, że autokar za chwile przewróci się na prawą stronę z racji przeciążenia po tej stronie ilością ludzi ludzież aparatów...
Pani Żona [rozemocjonowana do męża] Cykaj! Cykajjj!... Foć chopie ile możesz! O! Cyk! Cyk! I teraz! Cyk!
Pan Mąż zwany wyżej "Chopem" posłusznie "cyka ile może"! Jednak Pani Żona nie daje za wygraną...
Pani Żona [cała a w emocjach i już lekko zniecierpliwiona]: Ja nie wiem na co tu czekać! Ty już masz mieć przyprawione ino cykać! I teraz o cyk! Cyk! Cyyyyykkkk!!! Therrraaaazzzzz!!!
I opad emocji bo Pan Mąż się spóźnił z cyknięciem o ułamek milisekundy, więc najwyraźniej nie "wyfocił" dokładnie tego widoku, o który chodziło Pani Żonie. Ale, ale..... nie wszystko stracone!
Pani Żona: O! Krowę tu mają! Jedną! Wyfoć ją!!!
Mężczyzna może i aparatem, ale kobieta obiektywem... :D
Pilotka: Proszę Państwa, proszę teraz przygotować aparaty, ponieważ po prawej stronie pojawi się przed nami za chwilę wspaniały widok!
Nie minęły 2 min i faktycznie jak na zamówienie, pojawił się! Słychać cykanie aparatów jak na japońskiej wycieczce. Jest też ryzyko, że autokar za chwile przewróci się na prawą stronę z racji przeciążenia po tej stronie ilością ludzi ludzież aparatów...
Pani Żona [rozemocjonowana do męża] Cykaj! Cykajjj!... Foć chopie ile możesz! O! Cyk! Cyk! I teraz! Cyk!
Pan Mąż zwany wyżej "Chopem" posłusznie "cyka ile może"! Jednak Pani Żona nie daje za wygraną...
Pani Żona [cała a w emocjach i już lekko zniecierpliwiona]: Ja nie wiem na co tu czekać! Ty już masz mieć przyprawione ino cykać! I teraz o cyk! Cyk! Cyyyyykkkk!!! Therrraaaazzzzz!!!
I opad emocji bo Pan Mąż się spóźnił z cyknięciem o ułamek milisekundy, więc najwyraźniej nie "wyfocił" dokładnie tego widoku, o który chodziło Pani Żonie. Ale, ale..... nie wszystko stracone!
Pani Żona: O! Krowę tu mają! Jedną! Wyfoć ją!!!
Mężczyzna może i aparatem, ale kobieta obiektywem... :D
niedziela, 2 września 2012
A na drugie, kawa...
Od 3 tygodni siedzimy w jednym projekcie od rana do nocy (dosłownie), a w nocy o nim śnimy.
Nie ma czasu na nic innego jak jedzenie, spanie i co tam sobie można jeszcze wyobrazić...
Dołącza do nas kolega. Praca trwa...
Koleżanka [o innym koledze, którego dziś długo nie ma]: I gdzież on jest? Przecież nie mamy czasu!
Kolega: Akurat pójdę z nim na obiad to go zgarnę tu...
Koleżanka [nie kryjąc oburzenia]: Zwariowałeś?! Tu się nie je! Nie ma na to czasu!
Kolega [zszokowany i podirytowany równocześnie]: Ale przecież zjeść trzeba! Bez jaj.
Pracujemy, pracujemy, pracujemy... Mija z pół godziny...
Kolega [tonem pogodzonym z nową rzeczywistością]: No dobra, to ja zrobię sobie kawę... Zamiast obiadu...
Nie ma czasu na nic innego jak jedzenie, spanie i co tam sobie można jeszcze wyobrazić...
Dołącza do nas kolega. Praca trwa...
Koleżanka [o innym koledze, którego dziś długo nie ma]: I gdzież on jest? Przecież nie mamy czasu!
Kolega: Akurat pójdę z nim na obiad to go zgarnę tu...
Koleżanka [nie kryjąc oburzenia]: Zwariowałeś?! Tu się nie je! Nie ma na to czasu!
Kolega [zszokowany i podirytowany równocześnie]: Ale przecież zjeść trzeba! Bez jaj.
Pracujemy, pracujemy, pracujemy... Mija z pół godziny...
Kolega [tonem pogodzonym z nową rzeczywistością]: No dobra, to ja zrobię sobie kawę... Zamiast obiadu...
niedziela, 26 sierpnia 2012
Dobry refleks w cenie
Jadę z siostrą do pracy samochodem. Nagle widzimy na poboczu machająca policję...
Ja: Uff... Nie na nas! Co za fuks...
Siostra: No właśnie wiem...
Ja: Oj, to na tamtego - dużego... Ciekawe dlaczego...
Siostra: Ech, pewnie za późno zaczął hamować...
Męski punkt widzenia
Koleżanka, z której znajomym byliśmy ostatnimi czasy na koncercie, relacjonuje jego wrażenia po imprezie...
Koleżanka: I mówi, że ten Kraków jest taki duży! Że "jak wracaliśmy z koncertu, to wydawało mi się, że jedziemy naokoło!"...
Ja: No cóż... :D
Koleżanka: No to mu nie powiedziałam, że "tak, jechaliśmy naokoło" :D
Śmiech...
Koleżanka: I w sumie śmiał się z Ciebie, że jak wyjeżdżaliśmy z parkingu i miałaś zaparowaną szybę to powiedziałaś "Nic nie widzę, ale jadę!"
Ja: Ej, ale czy on nie zrozumiał, że wyolbrzymiałam? Że to była me-ta-fo-ra?
Koleżanka: A wiesz, jak to faceci - przesadzają :D
czwartek, 7 czerwca 2012
Czuwaj!
Kolega T. kichnął, spotkało się z niespotykaną reakcją Kolegi M:
M: niech ci ziemia lekką będzie!
T: nie rozumiem? tak się mówi jak ktoś kichnie w twoich stronach?
M: no wiesz...
T: ja jeszcze żyje!
M: jeszcze
T: coooo?! wypraszam sobie! co to za impertynencje?!
M: no wiesz, pierwszy zwiastun... bywa różny...
Zawiłe drzewo genealogiczne
"Z opowieści z pracy Koleżanki...
Stoimy wczoraj w kuchni i dziewczyny wspominały obrzydliwy szpinak z przedszkola i zupę mleczną...
Koleżanka: A moja babcia... to jadła KOŻUCHY!!!!
Kolega: Twoja babcia była MOLEM?"
niedziela, 3 czerwca 2012
Kleszcz też człowiek!
Tata pewnej koleżanki miał kleszcza i zastanawiał się kiedy go złapał - bo był nieopity jeszcze, wiec musiało to być niedawno:
Babcia koleżanki: no przecież wczoraj chodziłeś po polu!
Tata: ale przez noc by się już opił!
Babcia: eeee, no przecież w nocy SIĘ NIE JE!
Tata: ale przez noc by się już opił!
Babcia: eeee, no przecież w nocy SIĘ NIE JE!
sobota, 26 maja 2012
Nieugięta czasoprzestrzeń
Będąc w Wiśle, chcemy samochodem dotrzeć do pobliskiej miejscowości... Koleżanka pilotuje na podstawie mapy wydrukowanej z googli...
Pilotka: Teraz na rondzie w lewo, potem prosto i w prawo....
I tak jedziemy...
Kierowca [oczekując na dalsze wskazówki]: A teraz jak?
Pilotka: A teraz to nie wiem
My: ???
Pilotka: Bo wiecie teraz, to my jesteśmy poza mapą...
Kiedy ulotkarz przestaje grzecznie prosić...
Z rozmów na skypie...
[17:46:47] E: piekę sobie i nagle dzwoni domofon
[17:46:54] E: my z J. zdziwione kogo licho niesie
[17:47:00] E: podnoszę słuchawkę
[17:48:37] E: ja: słucham?
facet (tonem kategorycznym): Ulotki, proszę otworzyć!
ja (z niedowierzaniem): Przepraszam, co?
facet (takim samym tonem): Ulotki! proszę otworzyć!!
ja: ale my nie chcemy ulotek!
[17:46:54] E: my z J. zdziwione kogo licho niesie
[17:47:00] E: podnoszę słuchawkę
[17:48:37] E: ja: słucham?
facet (tonem kategorycznym): Ulotki, proszę otworzyć!
ja (z niedowierzaniem): Przepraszam, co?
facet (takim samym tonem): Ulotki! proszę otworzyć!!
ja: ale my nie chcemy ulotek!
[17:48:37] E: :D
[17:48:41] E:nie wpuściłam go
[17:48:44] E:bo mnie zbulwersował
[17:48:41] E:nie wpuściłam go
[17:48:44] E:bo mnie zbulwersował
Nocne "jazdy"
Wracając z festiwalu filmowego wczoraj w Krakowie, wpadłam na genialny w swej istocie pomysł powrotu "inną drogą niż tu przyjechałyśmy" (w domyśle: skrótem), który to uzyskał 100% poparcie moich drogich Koleżanek... "Skrót" ten wcześniej przeanalizowałam na mapie będąc jeszcze w pracy, więc drogę "kojarzyłam", a poza tym spisałam jeszcze nazwy ulic i ew. kilka znaków rozpoznawczych tp. rondo.
Generalnie cała zabawa zaczynała się od tego, że trzeba było skręcić w Kocmyrzowską w lewo, a dalej już tylko przez Kocmyrzowską, Bieńczycką prosto prosto prosto... aż do 3go na naszej drodze ronda, które miało być rondem Mogilskim :> Czy można się zgubić, na prawie prostej drodze? Teoretycznie nie.
Jednak nie wzięłyśmy pod uwagę, że w piątek, po dniu pracy, festiwalu i godzinie prawie 00.00 w nocy, powiedzenie (w tym przypadku) "co trzy głowy to nie jedna" absolutnie - nie sprawdza się! :D
No to jedziemy...
Ja: Kocmyrzowską w lewo....
J: O jest!
Ja: Ok! To skręcam...
I jedziemy.... Kocmyrzowska na mapie była bardzo długa, więc nie dziwi nas to, że ciągnie się i ciągnie... Jednak nasza "kobieca intuicja" zaczyna zwąchiwać swego rodzaju nieprawidłowość kiedy droga staje się coraz ciemniejsza (totalny brak oświetlenia) a wokół jakoś tak pusto... Wymieniamy się spostrzeżeniami, ale jedziemy dalej...
Ja: Jest rondo! To pewnie to Kocmyrzowskie... Choć... jakieś dziwne... małe...
E: A na rondzie jak?
Ja: Prosto!...
(...)
My [z niedowierzaniem patrząc na znak]: PRUSY?!
J: Wyjeżdżamy z Krakowa...
Ja: Ale to jest niemożliwe...
J: Ale tak mówi znak!
Ja: Hmmm... Zawrócić? Może pojedźmy jeszcze kawałek...
(...)
Ja: O! Drugie rondo... Trzecie to ma być niby Mogilskie....
Wypowiadając te słowa mijamy znak z napisem "Dojazdów". Zresztą wokół ciemno, ni żywej duszy tudzież "żywego" samochodu i w najśmielszych oczekiwaniach nie można się było spodziewać, że trzecie rondo to będzie wielkie, ruchliwe, krakowskie rondo Mogilskie...
Ja: Hmmm... No dobra, może jednak zawróćmy do miejsca, z którego wyjeżdżałyśmy i wróćmy normalną drogą, tą którą przyjechałyśmy?
Dziewczyny się zgodziły, więc jedziemy... Rondo drugie, pierwsze... Kocmyrzowska i...w pewnym momencie doznajemy olśnienia:
J: Ale już mijałyśmy dziś ten przystanek?
Ja: Racja! Coś tu jest nie tak! Trzeba zawrócić!
Po krótkim postoju, przeanalizowaniu mapy i stwierdzeniu "trzeba się trzymać drogi 776, bo prowadzi na Kraków" jedziemy...
J: A nie jedziemy tą samą drogą co przed chwilą?
Ja: Yyy...
J: A ten kościół już mijałyśmy?
Ja: Niestety chyba tak...
I znowu rondo... Prusy?!...rondo...Dojazdów?! Zawracamy!
I tu zmęczenie dało się na chwilę pokonać niesfornej, atakującej nas swą istotą przestrzeni i zgodnie doszłyśmy do wspólnego wniosku, że:
1. Skoro zawróciłyśmy, to oczywiste, że mijamy te same ronda i miejscowości
2. Nie powinnyśmy były ten drugi raz z Kocmyrzowskiej w ogóle przecież zawracać
3. Powinnyśmy były jak już pierwszy raz zawróciłyśmy jechać prosto Kocmyrzowską i faktycznie trzymać się drogi 776, ale w drugą stronę!
P.S. Nic nie piłyśmy, mamy raczej IQ na satysfakcjonującym poziomie... Myślę, że coś musiało być w powietrzu na tej Hucie.... :D
niedziela, 6 maja 2012
Szukajcie a znajdziecie
Otóż polowałam na tę siatkę do prania bielizny, wiec wchodzę do Leroya, ażeby się zapytać, czy mają - podchodzę do punktu informacyjnego...
ja: dzień dobry, czy dostane u państwa takie siateczki do prania bielizny?
pani: yyyy.... proszę zapytać na dziale farb lub na dekoracjach
ja (patrząc w głąb sklepu i czytając nazwy działów): a może... na łazienkach?
pani: no, tam tez mogą być
ja: (dziękuję i idę w stronę działu łazienek - tam podchodzę do punktu obsługi) Dzień dobry, czy dostane u państwa takie siatki do prania bielizny?
pani 1: nie....
pani 2: tak! (do pozostałej dwójki) widzieliście gdzieś takie siatki?
pan: tak - w Auchan na dole!
pani 2: ale u nas
pan (do mnie): proszę spytać na dziale metalowym
ja: METALOWYM?
pan: tak, oni tam mają wszystko
pani 2(dzwoni gdzieś): słuchaj, nie wiesz gdzie na sklepie są siatki do pralki do prania? przy kasach? aha.... a na dziale? aha... (do mnie) Generalnie te siatki przejął dział kuchenny, ale proszę poszukać przy kasach - powinny być wystawione.
(to idę do kas - przy trzeciej mijanej ujrzałam siatki. Idę do kasy)
kasjerka: O, to gdzie pani znalazła te worki?
ja: tu, przy kasie
kasjerka: O, nawet nie wiedziałam, że my takie coś mamy!
Byle do celu... Ale gdzie jest cel?
W drodze z Wisły do Cieszyna, zatrzymujemy się na przystanku, aby zapytać w którą stronę do centrum, oczekującego tam pana.
Ja: Przepraszam! Którędy dojedziemy do centrum?
Pan: Do centrum?! To tak: pojedziecie prosto, w lewo, prosto, łukiem w prawo, na skrzyżowaniu do góry, w prawo, na rondzie... raz... dwa... trzy... trzecia w prawo, potem na skrzyżowaniu w lewo i już...
Że nie miałyśmy dyktafonu, ani kartki żeby zapisać... :P
Ja: Yyy czy może pan powtórzyć?
Pan: Tak....
W tym momencie na przystanek wjeżdża samochód - jak się okazuje po naszego "instruktora".
Kierowca tamtego samochodu: A dokąd jadą?
Pan: Do centrum.
Kierowca tamtego samochodu: Niech jadą za mną!
My: Dziękujemy!
Jedziemy, jedziemy, jedziemy.....
Ja: A właściwie? Ile mamy za nim jechać? Skąd będziemy wiedzieć, że TO jest CENTRUM?
P.S. Na szczęście nie zajechałyśmy za panem pod dom, pan zczaił problem i w pewnym momencie zatrzymał przed parkingiem i pomachał ręką nakazująco "wjedźcie tu i odczepcie się" :D
Prawo, lewo...
Jedziemy na majówkę...
Koleżanka (kierowca) [wskazując na skrzyżowanie]: Hmmm.... a teraz jak mam jechać?
Koleżanka (pilotka): Tam!
Koleżanka (kierowca): W ostatniej chwili skręca w prawo...
Koleżanka (pilotka): Ale mówiłam, że w lewo!
Koleżanka (kierowca): A skąd miałam wiedzieć, że "tam" to znaczy "w lewo"?
Koleżanka (pilotka): (...) ja rozpoznaje po pierścionku - mam go na prawej ręce.
Ja: A jak przełożysz?
Koleżanka (pilotka): Hmm.... ;-)
Trochę później...
Koleżanka (pasażerka): A czekajcie, a teraz jak jedziemy?
Koleżanka (pilotka): Teraz w... prraaawo, potem w lewo [wskazuje rękami odpowiednie kierunki], prawo... lewo...
Koleżanka (pasażerka): Ale nie ucz mnie, ja wiem jak są kierunki :>
Koleżanka (pilotka): Nie nie, ja SOBIE przypominam...
środa, 25 kwietnia 2012
Bez tytułu... ;-)
Koleżanka zmienia pracę. Trwa wspólne-ostatnie spotkanie.
Koleżanka: Tak tak... ale żegnać się będziemy w pt, wtedy przyniosę ciasto.
Szef: Oj w piątek mnie nie ma, ostatni dzień jestem w czwartek...
Koleżanka: W czwartek nic nie przyniosę.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Uwaga, awaria!
Jeśli ktoś ulega nadal złudzeniu, że prywatna opieka zdrowotna nie jest skażona naciekiem publicznej (pod względem "fantastycznych" tj. mających więcej wspólnego z fantazją aniżeli realnością zwyczajów), to niestety jest w błędzie.
W zeszłym tygodniu wybrałam się na badania krwi do ośrodka zdrowia, w którym moja firma ma wykupiony abonament. Pomijam fakt, że o godzinie 7:04 zastałam kolejkę złożoną z około 9 osób - no nic powiedzmy, że "kto późno (?) przychodzi, sam sobie szkodzi".
Po 10 minutach dodatkowo obserwuję zastanawiające zjawisko - otóż nikt nie wszedł ani nie wyszedł z laboratorium :> Zniecierpliwiona pacjentka wchodzi do środka... A tam zastaje panią rejestrującą na badania ze stoickim spokojem siedzącą przy komputerze. To nic, że:
- badania się miały zacząć o 7:00 a jest już 7:15
- w kolejce czeka już koło 15 osób
- pani pielęgniarki jak nie było tak nie ma
Pacjentka: Przepraszam, czy można?
Rejestratorka [ze współczuciem w głosie]: Oj nie... Ponieważ nie ma pani pielęgniarki jeszcze...
Pacjentka: ? A kiedy będzie?
Rejestratorka: Oj nie wiadomo...
Pacjentka: Jak to?
Rejestratorka: Pani pielęgniarka ma... yyy... awarie... Nie możemy się do niej dodzwonić.
Pacjentka: To nie przyjdzie inna pielęgniarka?
Rejestratorka: Pani kierowniczka pielęgniarek przyjdzie aby zdecydować, czy (!) inna pielęgniarka może ją zastąpić...
Pani kierowniczka pielęgniarek nie zjawiła się przez kolejne 15 min. Wyszłam, aby nie ulec awarii psychicznej co najmniej, z podziwem mierząc wzrokiem kolejkę czekających przeoptymistów ;-)
I tu przypomniał mi się tekst koleżanki, która mimo lęku wysokości dała się namówić na jazdę wyciągiem krzesełkowym:
"K**wa!!! I ja jeszcze za to płacę!!!"
W zeszłym tygodniu wybrałam się na badania krwi do ośrodka zdrowia, w którym moja firma ma wykupiony abonament. Pomijam fakt, że o godzinie 7:04 zastałam kolejkę złożoną z około 9 osób - no nic powiedzmy, że "kto późno (?) przychodzi, sam sobie szkodzi".
Po 10 minutach dodatkowo obserwuję zastanawiające zjawisko - otóż nikt nie wszedł ani nie wyszedł z laboratorium :> Zniecierpliwiona pacjentka wchodzi do środka... A tam zastaje panią rejestrującą na badania ze stoickim spokojem siedzącą przy komputerze. To nic, że:
- badania się miały zacząć o 7:00 a jest już 7:15
- w kolejce czeka już koło 15 osób
- pani pielęgniarki jak nie było tak nie ma
Pacjentka: Przepraszam, czy można?
Rejestratorka [ze współczuciem w głosie]: Oj nie... Ponieważ nie ma pani pielęgniarki jeszcze...
Pacjentka: ? A kiedy będzie?
Rejestratorka: Oj nie wiadomo...
Pacjentka: Jak to?
Rejestratorka: Pani pielęgniarka ma... yyy... awarie... Nie możemy się do niej dodzwonić.
Pacjentka: To nie przyjdzie inna pielęgniarka?
Rejestratorka: Pani kierowniczka pielęgniarek przyjdzie aby zdecydować, czy (!) inna pielęgniarka może ją zastąpić...
Pani kierowniczka pielęgniarek nie zjawiła się przez kolejne 15 min. Wyszłam, aby nie ulec awarii psychicznej co najmniej, z podziwem mierząc wzrokiem kolejkę czekających przeoptymistów ;-)
I tu przypomniał mi się tekst koleżanki, która mimo lęku wysokości dała się namówić na jazdę wyciągiem krzesełkowym:
"K**wa!!! I ja jeszcze za to płacę!!!"
niedziela, 22 kwietnia 2012
Za dużo witamin
Ze znajomymi na obiedzie:
Ja: A u Ciebie co słychać?
Koleżanka: Hmm... paznokcie mi się rozdwajają
Ja: To może sobie jakieś witaminy kup...
Koleżanka: Oj nie nie...
Ja: ?
Koleżanka: Bo widzisz, jak się zażywa takie witaminy, to one równocześnie wtedy też wzmacniają włosy. A ja bym włosów nie chciała wzmacniać. Nawet bym wolała, żebym mi trochę wypadło...
No i nie dogodzisz ;-)
Ja: A u Ciebie co słychać?
Koleżanka: Hmm... paznokcie mi się rozdwajają
Ja: To może sobie jakieś witaminy kup...
Koleżanka: Oj nie nie...
Ja: ?
Koleżanka: Bo widzisz, jak się zażywa takie witaminy, to one równocześnie wtedy też wzmacniają włosy. A ja bym włosów nie chciała wzmacniać. Nawet bym wolała, żebym mi trochę wypadło...
No i nie dogodzisz ;-)
sobota, 7 kwietnia 2012
Towar na gwarancji
Może to zboczenie zawodowe, a może poprostu zwykła ludzka logika, z którą kłóci się jak dla mnie proces nazwijmy to "obsługi gwarancyjnej" w jednym z krakowskich centrów handlowych.
Kupowałam ostatnio drobny sprzęt AGD. Po opłaceniu należności w kasie, zapytałam, czy gwarancja na mikser jest na podstawie paragonu.
Kasjerka: Oj nie... gwarancję należy podbić w Punkcie Obsługi Klienta, który znajduje się za kasami...
Podziękowałam, poszłam do POK, gdzie z nieodkrytą jeszcze dotąd w sobie cierpliwości poczekałam, aż pani wystawi fakturę parze przede mną, co trwało "chwilę czasu":
Ja: Chciałabym podbić gwarancję.
Pani [zaskoczona, chwilę nic nie mówi]: ...ale to nie u nas...
Ja: A gdzie?
Pani: W serwisie tu obok za POK.
Ja: Uhm! Dziękuję...
I poszłam za tym tropem do serwisu...
Ja: Dzień dobry, chciałabym podbić gwarancję
Pan [podnosząc leniwie wzrok zza komputera]: Należy zachować paragon i opakowanie.
Ja [nie kryjąc zdziwienia]: I to wszystko??
Pan: Tak.
I może się czepiam, ale czy nie mogłaby mi tego powiedzieć od razu pani Kasjerka?....
Kupowałam ostatnio drobny sprzęt AGD. Po opłaceniu należności w kasie, zapytałam, czy gwarancja na mikser jest na podstawie paragonu.
Kasjerka: Oj nie... gwarancję należy podbić w Punkcie Obsługi Klienta, który znajduje się za kasami...
Podziękowałam, poszłam do POK, gdzie z nieodkrytą jeszcze dotąd w sobie cierpliwości poczekałam, aż pani wystawi fakturę parze przede mną, co trwało "chwilę czasu":
Ja: Chciałabym podbić gwarancję.
Pani [zaskoczona, chwilę nic nie mówi]: ...ale to nie u nas...
Ja: A gdzie?
Pani: W serwisie tu obok za POK.
Ja: Uhm! Dziękuję...
I poszłam za tym tropem do serwisu...
Ja: Dzień dobry, chciałabym podbić gwarancję
Pan [podnosząc leniwie wzrok zza komputera]: Należy zachować paragon i opakowanie.
Ja [nie kryjąc zdziwienia]: I to wszystko??
Pan: Tak.
I może się czepiam, ale czy nie mogłaby mi tego powiedzieć od razu pani Kasjerka?....
wtorek, 3 kwietnia 2012
Ciekawość dziecka
Córka Koleżanki, "ciekawa świat", jak to dzieci w jej wieku (ok. 6 lat) wypytuje rodziców o wszystko, a tym razem o...
Z perspektywy taty:
Córka: Tato, a Ty masz siusiaka?
Tata: Mam.
Córka: A dużego?
Hmm... nie wiadomo co odpowiedział tata :D W każdym razie w głowie dziecka temat widać jest przemielany w dalszym ciągu, bo w dość krótkim odstępie czasowym córka jest w łazience z mamą i taka rozmowa:
Córka: Dawid jest chłopcem i ma siusiaka.
Mama: Tak, ma. Ale siusiaki nie są fajne.
Córka: Są fajne! Nie znasz się!
I po takim komentarzu w sumie nie wiadomo? Czy nie zna się mama, czy córka? Bo jeśli córka się zna to czy się martwić? :D
Z perspektywy taty:
Córka: Tato, a Ty masz siusiaka?
Tata: Mam.
Córka: A dużego?
Hmm... nie wiadomo co odpowiedział tata :D W każdym razie w głowie dziecka temat widać jest przemielany w dalszym ciągu, bo w dość krótkim odstępie czasowym córka jest w łazience z mamą i taka rozmowa:
Córka: Dawid jest chłopcem i ma siusiaka.
Mama: Tak, ma. Ale siusiaki nie są fajne.
Córka: Są fajne! Nie znasz się!
I po takim komentarzu w sumie nie wiadomo? Czy nie zna się mama, czy córka? Bo jeśli córka się zna to czy się martwić? :D
Bracia... mniejsi?
Prowadzący [na szkoleniu opowiadając o sobie]: A tak w ogóle (z ciekawostek o mnie) to wychowałem się z jamnikami... I pewnego dnia powiedziałem do jednego (z trzech): "Chodź do wujka!... Na co też moja mama się STRASZNIE oburzyła i mówi: "Ty nie jesteś jego wujkiem! TO JEST TWÓJ BRAT!"
O psie, który jeździł, ale nie koleją...
Na pewnym szkoleniu, prowadzący w ramach przedstawienia się, opowiada nam jedną z historyjek swojego życia...
Prowadzący: A tak w ogóle, to miałem psa jamnika... Kiedyś wybrałem się z nim w podróż samochodem. Zanim ruszyliśmy w drogę, włożyłem go do takiej torby i na chwilę położyłem go na dachu samochodu...
Jadę... I znacie to uczucie, jak nagle sobie przypomnicie, że czegoś nie zrobiliście... A powinniście byli!... No więc stojąc w korku, przypomniałem sobie, że jadę z moim jamnikiem... na dachu!
Rozdygotany otworzyłem dach, w nadziei, że on tam nadal będzie - wkońcu kawałek już przejechałem! - ale nie ma! No włączam awaryjne w tym korku, przeszukuję wszystkie zakamarki samochodu - może go tu przekładałem, ale nie pamiętam?! Ale... nie ma! Patrzę nerwowo do samochodów przejeżdżających, może ktoś wiezie moją "torbę"? Ale nic! NIC!
Myślę "wracam", popytam tam skąd wyjeżdżałem...
Okazało się, że torbę znalazło dwóch robotników budowlanych i odłożyli na przechowanie nawet nie zaglądając do środka - pan... Janek i jakiś tam drugi pan - w każdym razie do dziś pamiętam - w takiej euforii byłem! Tak ich wy-ści-ska-łem!
Torba wypadła mi gdzieś na pierwszym zakręcie (...)
Prowadzący: A tak w ogóle, to miałem psa jamnika... Kiedyś wybrałem się z nim w podróż samochodem. Zanim ruszyliśmy w drogę, włożyłem go do takiej torby i na chwilę położyłem go na dachu samochodu...
Jadę... I znacie to uczucie, jak nagle sobie przypomnicie, że czegoś nie zrobiliście... A powinniście byli!... No więc stojąc w korku, przypomniałem sobie, że jadę z moim jamnikiem... na dachu!
Rozdygotany otworzyłem dach, w nadziei, że on tam nadal będzie - wkońcu kawałek już przejechałem! - ale nie ma! No włączam awaryjne w tym korku, przeszukuję wszystkie zakamarki samochodu - może go tu przekładałem, ale nie pamiętam?! Ale... nie ma! Patrzę nerwowo do samochodów przejeżdżających, może ktoś wiezie moją "torbę"? Ale nic! NIC!
Myślę "wracam", popytam tam skąd wyjeżdżałem...
Okazało się, że torbę znalazło dwóch robotników budowlanych i odłożyli na przechowanie nawet nie zaglądając do środka - pan... Janek i jakiś tam drugi pan - w każdym razie do dziś pamiętam - w takiej euforii byłem! Tak ich wy-ści-ska-łem!
Torba wypadła mi gdzieś na pierwszym zakręcie (...)
Z zasad ruchu drogowego
Opowiadam ojcu historię o psie znajomej, który wpadł pod samochód.
Nie pamiętam jaka to rasa, w każdym razie waga coś koło 80 kg...
Ja [nie kryjąc oburzenia]: I wiesz, jej pies wpadł pod samochód! Tzn., pies przechodził drogą, a samochód go przejechał i uciekł!
Ojciec [ze stoickim spokojem]: Uhm, a pies co? Zapewne przechodził przepisowo...
Nie pamiętam jaka to rasa, w każdym razie waga coś koło 80 kg...
Ja [nie kryjąc oburzenia]: I wiesz, jej pies wpadł pod samochód! Tzn., pies przechodził drogą, a samochód go przejechał i uciekł!
Ojciec [ze stoickim spokojem]: Uhm, a pies co? Zapewne przechodził przepisowo...
poniedziałek, 19 marca 2012
Ciasteczka... yyy... bez nadzienia ;-)
Nadesłane przez Koleżankę z czasów, kiedy człowiek jeszcze młody był ;-)
"Wchodzę do sklepu. Rodzinie zachciało się ciastek, więc kroki kieruję na stoisko cukiernicze. Decyduję sie na kruche ciastka z dziurką.
-Co podać? [pyta całkiem przystojny młody ekspedient].
-Poproszę 30 deko ciastek... tych... takich... [W porę gryzę się w język i nie mówię że 'tych z dziurką'. W rezultacie zatyka mnie i nic nie mówię.]
-Mam dużo ciastek... [pan sie uśmiecha].
-Tak, widzę... [ja się czerwienię].
-To które mają być? [pan jednak jest trochę za niski].
-O te! [pokazuję palcem jak głupia, bo ponoć inteligencja to umiejętność wytłumaczenia czegoś drugiej osobie bez użycia rąk]."
"Wchodzę do sklepu. Rodzinie zachciało się ciastek, więc kroki kieruję na stoisko cukiernicze. Decyduję sie na kruche ciastka z dziurką.
-Co podać? [pyta całkiem przystojny młody ekspedient].
-Poproszę 30 deko ciastek... tych... takich... [W porę gryzę się w język i nie mówię że 'tych z dziurką'. W rezultacie zatyka mnie i nic nie mówię.]
-Mam dużo ciastek... [pan sie uśmiecha].
-Tak, widzę... [ja się czerwienię].
-To które mają być? [pan jednak jest trochę za niski].
-O te! [pokazuję palcem jak głupia, bo ponoć inteligencja to umiejętność wytłumaczenia czegoś drugiej osobie bez użycia rąk]."
niedziela, 18 marca 2012
Nieobliczalny klient
W sklepie przy kasie moja kolej. Pani ekspedientka kasuje moje zakupy...
Gdzieś tak w połowie moich produktów, odzywa się stojący z jednym piwem klient (l. ok 50),
poważnym, stanowczym tonem (do ekspedientki):
Klient: A czy pani wie, co ja teraz zrobię?
W tym momencie pani przestaje kasować, a ja pakować zakupy do reklamówki. Obie spoglądamy jakby "wyrwanym z kontekstu" wzrokiem na pana, który przerwał naszą transakcję kupna-sprzedaży dziwnym zapytaniem. Patrzymy oczekująco, klient nic nie mówi oczekując odpowiedzi.
Ekspedientka [z miną jakby nieznajomością odpowiedzi przegrała rundę w teleturnieju]: Nie wiem co pan teraz zrobi.
Klient [wskazując na piwo trzymane w ręce]: Wyjdę, wypiję to i wrócę zapłacić.
I wyszedł.
Gdzieś tak w połowie moich produktów, odzywa się stojący z jednym piwem klient (l. ok 50),
poważnym, stanowczym tonem (do ekspedientki):
Klient: A czy pani wie, co ja teraz zrobię?
W tym momencie pani przestaje kasować, a ja pakować zakupy do reklamówki. Obie spoglądamy jakby "wyrwanym z kontekstu" wzrokiem na pana, który przerwał naszą transakcję kupna-sprzedaży dziwnym zapytaniem. Patrzymy oczekująco, klient nic nie mówi oczekując odpowiedzi.
Ekspedientka [z miną jakby nieznajomością odpowiedzi przegrała rundę w teleturnieju]: Nie wiem co pan teraz zrobi.
Klient [wskazując na piwo trzymane w ręce]: Wyjdę, wypiję to i wrócę zapłacić.
I wyszedł.
W szponach nieokreśloności
Z rozmów na Skypie:
Koleżanka: Aniu, to zdecydowałaś się? Idziesz na koncert Smolika? Bo właśnie bilety kupuję. :>
Ja: A kiedy to?
Koleżanka: Pod koniec marca...
Przerwa na zastanowienie z mojej strony...
Ja: A, może bym i poszła...
Koleżanka: A to MOŻE Ci kupię bilet... :P
Koleżanka: Aniu, to zdecydowałaś się? Idziesz na koncert Smolika? Bo właśnie bilety kupuję. :>
Ja: A kiedy to?
Koleżanka: Pod koniec marca...
Przerwa na zastanowienie z mojej strony...
Ja: A, może bym i poszła...
Koleżanka: A to MOŻE Ci kupię bilet... :P
piątek, 16 marca 2012
Na zasadzie przeciwieństw
Zakupy to czasem nie tak prosta rzecz jak by się wydawało. Nawet te spożywcze...
Koleżanka: Dzień dobry, czy jest chleb krojony?
Ekspedientka: Tak.
Koleżanka: Uhm.. To ja poproszę... niekrojony.
Koleżanka: Dzień dobry, czy jest chleb krojony?
Ekspedientka: Tak.
Koleżanka: Uhm.. To ja poproszę... niekrojony.
Nić porozumienia...
Ostatnio przesilenie źle wpływa na sporą część ludzkości... Toteż pewnego wieczoru jadę do domu samochodem z moją Mamą. Nic nie mówimy, więc włączam radio. Jednak mimo ogarniającej mnie ogólnej apatii postanawiam się podzielić błyskotliwym spostrzeżeniem...
Ja [zamyślona] : Coś jestem głodna...
Mama [zamyślona]: No wiesz, marzec, wieczór i już ciemno jest...
Ja: Ale ja mówię, że jestem głodna :>
Mama: A... Myślałam, że Ci zimno.
Ja [zamyślona] : Coś jestem głodna...
Mama [zamyślona]: No wiesz, marzec, wieczór i już ciemno jest...
Ja: Ale ja mówię, że jestem głodna :>
Mama: A... Myślałam, że Ci zimno.
czwartek, 15 marca 2012
One way ticket...
(Z serii "Nadesłane"... ;-))
Umówiłam się z koleżanką w Alchemii na koncert. Koleżanka się spóźni, więc usiłuję zostawić jej bilet do odbioru w barze. Barmanka odsyła mnie do ochroniarza.
Ja: Dzień dobry. Ja bym chciała zostawić bilet dla koleżanki, bo ona się spóźni. U pana mogę?
Ochroniarz: Nie, proszę zostawić u kasjerki.
Ja: ...w barze?
Ochroniarz: Nie, na dole.
Ja: Aha... no ale jak zostawię koleżance bilet w kasie na dole, to pan jej przecież nie wpuści na dół bez biletu.
Ochroniarz: ...aha.....
Umówiłam się z koleżanką w Alchemii na koncert. Koleżanka się spóźni, więc usiłuję zostawić jej bilet do odbioru w barze. Barmanka odsyła mnie do ochroniarza.
Ja: Dzień dobry. Ja bym chciała zostawić bilet dla koleżanki, bo ona się spóźni. U pana mogę?
Ochroniarz: Nie, proszę zostawić u kasjerki.
Ja: ...w barze?
Ochroniarz: Nie, na dole.
Ja: Aha... no ale jak zostawię koleżance bilet w kasie na dole, to pan jej przecież nie wpuści na dół bez biletu.
Ochroniarz: ...aha.....
Kwestia dodatków...
Koleżanka z pracy przygotowała pyszny obiad, którym zechciała mnie poczęstować ;-)
Mamy go zjeść w towarzystwie drugiej koleżanki, która dziś ma zupę brokułową.
Koleżanka1 [do Koleżanki2]: Może chcesz ryżu? Mam za dużo...
Koleżanka2: Do zupy brokułowej? :D Nie bardzo!... Raczej nie pasuje ryż do zupy brokułowej...
Koleżanka1: A, to wyłowisz sobie.
Mamy go zjeść w towarzystwie drugiej koleżanki, która dziś ma zupę brokułową.
Koleżanka1 [do Koleżanki2]: Może chcesz ryżu? Mam za dużo...
Koleżanka2: Do zupy brokułowej? :D Nie bardzo!... Raczej nie pasuje ryż do zupy brokułowej...
Koleżanka1: A, to wyłowisz sobie.
Najtrudniejszy pierwszy dzień...
Do pracy przychodzi nowy kolega. Tuż po przyjściu, kolega mający go oprowadzać przedstawia go osobom obecnym w pokoju...
Następnie rozpoczyna wdrażanie nowego kolegi:
Kolega: OK, pokażę Ci na początek może takie podstawy tzn. gdzie jest kibelek i kuchnia...
;-)
Następnie rozpoczyna wdrażanie nowego kolegi:
Kolega: OK, pokażę Ci na początek może takie podstawy tzn. gdzie jest kibelek i kuchnia...
;-)
poniedziałek, 13 lutego 2012
Nasze "Trio" i Crazy Night
W piątkowy, mroźny wieczór zastanawiamy się wraz z E. i J. , jak najmniej zmarznąć wychodząc z kina.
Ja: Może weźmiemy taksówkę?
E: OK, zadzwonię... Jednak wiecie co... Tu pod kinem jest przystanek i autobus jest za 10 min.
J: A, zadzwońmy po taksówkę, zawiezie nas pod dom, a pewnie podjedzie szybciej...
E: A jak zadzwonię po taksówkę, a autobus podjedzie szybciej?
J: To wsiądziemy do autobusu!
E: Same sobie dzwońcie.
(...)
Ja: Spoko, ja mogę.
E: OK
Ja: Ale... nie mam telefonu...
E: ?
Ja: To mogę z Twojego?...
Ja: Może weźmiemy taksówkę?
E: OK, zadzwonię... Jednak wiecie co... Tu pod kinem jest przystanek i autobus jest za 10 min.
J: A, zadzwońmy po taksówkę, zawiezie nas pod dom, a pewnie podjedzie szybciej...
E: A jak zadzwonię po taksówkę, a autobus podjedzie szybciej?
J: To wsiądziemy do autobusu!
E: Same sobie dzwońcie.
(...)
Ja: Spoko, ja mogę.
E: OK
Ja: Ale... nie mam telefonu...
E: ?
Ja: To mogę z Twojego?...
niedziela, 22 stycznia 2012
Błędne koło
Z serii niedzielne rozmowy...
Ja: Nie wiesz do kiedy jest karnawał?
Siostra: Do tłustego czwartku...
Ja: No a kiedy jest tłusty czwartek?
Siostra: Nie wiem...
Ja: Nie wiesz do kiedy jest karnawał?
Siostra: Do tłustego czwartku...
Ja: No a kiedy jest tłusty czwartek?
Siostra: Nie wiem...
środa, 4 stycznia 2012
Ja płacę, ja.... się boję!
Na wyciągu krzesełkowym (w Wiśle) Koleżanka jedzie pierwszy raz. Okazuje się, że ma lęk wysokości...
Koleżanka [gdy krzesełko jest już na wysokości kilku metrów]: Kur....aaaaaaa! I pomyśleć, że ludzie jeszcze za to płacą!!!
Koleżanka [gdy krzesełko jest już na wysokości kilku metrów]: Kur....aaaaaaa! I pomyśleć, że ludzie jeszcze za to płacą!!!
Brilliant idea!
Skoro tak już w konwencji czasów studenckich dzisiaj... Rozmowa podczas przygotowywania projektu...
Koleżanka1: Dzięki, świetny pomysł!
Koleżanka2 [nie kryjąc zdziwienia]: Ale ja nic nie powiedziałam!
Koleżanka1: Nie szkodzi, i tak mi pomogłaś!
Koleżanka1: Dzięki, świetny pomysł!
Koleżanka2 [nie kryjąc zdziwienia]: Ale ja nic nie powiedziałam!
Koleżanka1: Nie szkodzi, i tak mi pomogłaś!
Drogą kropelkową...
Popijając na imprezie drinka:
Koleżanka 1: Asiaaaaa, mogę jeszcze łyczka?
Koleżanka 2: Bierz, ale możesz sie zarazić.
Koleżanka 1: I wzajemnie!
Koleżanka 1: Asiaaaaa, mogę jeszcze łyczka?
Koleżanka 2: Bierz, ale możesz sie zarazić.
Koleżanka 1: I wzajemnie!
Na katar
Skoro już dzisiaj jesteśmy w czasach studenckich, taki oto historia z okresu pewnej sesji:
Koleżanka1 [ta sama co wspomniana w poprzednim poście ;-)]: Idę do apteki, kupić Wam coś?
Koleżanka2 [sarkastycznie, mając na sercu zbliżające się egzaminy]: Cyjanek.
Koleżanka1 [z pełną powagą]: A to jest na katar??
Koleżanka1 [ta sama co wspomniana w poprzednim poście ;-)]: Idę do apteki, kupić Wam coś?
Koleżanka2 [sarkastycznie, mając na sercu zbliżające się egzaminy]: Cyjanek.
Koleżanka1 [z pełną powagą]: A to jest na katar??
Przejęzyczenia ze studenckich czasów...
A na studiach (ech, kiedy to było swoją drogą? :P) zdarzały się i takie niewinne przejęzyczenia. Niektórym oczywiście rzadziej jak jednej Koleżance, która opowiadając raz coś, rzekła:
"...a ja zachodzę z wyłożenia..."
Ale co do innych (a dokładnie jednej Koleżanki) była to właściwie kwestia jej "natury" (Jeśli czytasz, to pozdrawiam! :]):
1) "Ona to kombinuje jak pies pod górę!"
2) "Zrobiłabym sobie obiad, ale z tym to za dużo zachodu słońca"
3) "Ja też pisałam wiersze... Napisałam trzy. Przeczytałam rodzinie, a oni myśleli, że to Konopnickiej! (chwila zadumy) A był ktoś taki - Maria Konopnicka, nie?" BTW cytat z tego wiersza (dosłowny) "Boże, nie boję się śmierci.... Nie brak mi chęci"
4) "A co to znaczy in-vitro? Że zapłodniłaś roślinę strzykawką?"
5) usłyszawszy "Jeszcze Polska nie zginęła": "O ja to znam, to śpiewa Józef Piłsudski!"
6) w odpowiedzi na pytanie współlokatorki w akademiku "Nie pościeliłaś łóżka!" : "Ale mnie to nie przeszkadza."
7) w odpowiedzi na sarkastycznie stwierdzenie koleżanki jako komentarz do jej małych butów"ale masz duże buty! :P" (z powagą): "O numer za duże!"
8) komentując pokaz tańca brzucha koleżanki: "Teraz to Ci brak tylko pępka w brzuchu!"
9) "Dziewczyny, czym Wy myjecie ten osad na suszarce? Pumeksem?"
10) z serii "dobre rady" do współlokatorki: "Ty się musisz nauczyć dawać!"
11) po uczestnictwie w wizycie duszpasterskiej w akademiku: "Słuchajcie! Byłam na księdzu!"
"...a ja zachodzę z wyłożenia..."
Ale co do innych (a dokładnie jednej Koleżanki) była to właściwie kwestia jej "natury" (Jeśli czytasz, to pozdrawiam! :]):
1) "Ona to kombinuje jak pies pod górę!"
2) "Zrobiłabym sobie obiad, ale z tym to za dużo zachodu słońca"
3) "Ja też pisałam wiersze... Napisałam trzy. Przeczytałam rodzinie, a oni myśleli, że to Konopnickiej! (chwila zadumy) A był ktoś taki - Maria Konopnicka, nie?" BTW cytat z tego wiersza (dosłowny) "Boże, nie boję się śmierci.... Nie brak mi chęci"
4) "A co to znaczy in-vitro? Że zapłodniłaś roślinę strzykawką?"
5) usłyszawszy "Jeszcze Polska nie zginęła": "O ja to znam, to śpiewa Józef Piłsudski!"
6) w odpowiedzi na pytanie współlokatorki w akademiku "Nie pościeliłaś łóżka!" : "Ale mnie to nie przeszkadza."
7) w odpowiedzi na sarkastycznie stwierdzenie koleżanki jako komentarz do jej małych butów"ale masz duże buty! :P" (z powagą): "O numer za duże!"
8) komentując pokaz tańca brzucha koleżanki: "Teraz to Ci brak tylko pępka w brzuchu!"
9) "Dziewczyny, czym Wy myjecie ten osad na suszarce? Pumeksem?"
10) z serii "dobre rady" do współlokatorki: "Ty się musisz nauczyć dawać!"
11) po uczestnictwie w wizycie duszpasterskiej w akademiku: "Słuchajcie! Byłam na księdzu!"
Całka
"Natchniona" poprzednią historią przypomniała mi się kolejna, również z czasów studenckich. Związek z tamtą jest tak naprawdę tylko taki, że odbywała się po mocniej zakrapianej imprezie... ;-)
Idziemy sobie rynkiem ze znajomymi Koleżanki. Oni z Wydziały Górnictwa (?) czy czegoś w tym stylu, my... z Zarządzania. Od paru minut trwa dyskusja odbywająca się w "parach' - bo tak jakoś się zdarzyło, że idziemy (bez podtekstów). Porównujemy przedmioty, perspektywy i tym podobne...
Nagle gdzieś na poziomie ulicy Szewskiej - słyszymy RYK (dosłownie) dobiegający z pary idącej gdzieś z przodu:
Koleżanka [mega podirytowana]: Nie! Tego już za wiele! Nie wiem co to jest CAŁKA!!! Myślałam, że to jest kur..... nazwa PERFUM!!!
Idziemy sobie rynkiem ze znajomymi Koleżanki. Oni z Wydziały Górnictwa (?) czy czegoś w tym stylu, my... z Zarządzania. Od paru minut trwa dyskusja odbywająca się w "parach' - bo tak jakoś się zdarzyło, że idziemy (bez podtekstów). Porównujemy przedmioty, perspektywy i tym podobne...
Nagle gdzieś na poziomie ulicy Szewskiej - słyszymy RYK (dosłownie) dobiegający z pary idącej gdzieś z przodu:
Koleżanka [mega podirytowana]: Nie! Tego już za wiele! Nie wiem co to jest CAŁKA!!! Myślałam, że to jest kur..... nazwa PERFUM!!!
Sport po pijaku...
Historia z czasów studenckich (Nadesłana przez Koleżankę ze Studiów...)
Któregoś z kolei dnia trwania juwenaliów, jeden kolega, bardzo juz pijany, podczas grilla na miasteczku, ścigając kogoś po boisku do siatkówki, upadł i zdarł sobie skórę z dłoni. Na drugi dzień, wytrzeźwiawszy, bardzo zdumiony pyta, co mu się stało w rękę.
My: Przewróciłeś się na boisku do siatkówki.
Kolega [wytrzeszczywszy oczu w zdumieniu]: GRAŁEM W SIATKÓWKĘ?
Któregoś z kolei dnia trwania juwenaliów, jeden kolega, bardzo juz pijany, podczas grilla na miasteczku, ścigając kogoś po boisku do siatkówki, upadł i zdarł sobie skórę z dłoni. Na drugi dzień, wytrzeźwiawszy, bardzo zdumiony pyta, co mu się stało w rękę.
My: Przewróciłeś się na boisku do siatkówki.
Kolega [wytrzeszczywszy oczu w zdumieniu]: GRAŁEM W SIATKÓWKĘ?
Subskrybuj:
Posty (Atom)