Jeśli ktoś ulega nadal złudzeniu, że prywatna opieka zdrowotna nie jest skażona naciekiem publicznej (pod względem "fantastycznych" tj. mających więcej wspólnego z fantazją aniżeli realnością zwyczajów), to niestety jest w błędzie.
W zeszłym tygodniu wybrałam się na badania krwi do ośrodka zdrowia, w którym moja firma ma wykupiony abonament. Pomijam fakt, że o godzinie 7:04 zastałam kolejkę złożoną z około 9 osób - no nic powiedzmy, że "kto późno (?) przychodzi, sam sobie szkodzi".
Po 10 minutach dodatkowo obserwuję zastanawiające zjawisko - otóż nikt nie wszedł ani nie wyszedł z laboratorium :> Zniecierpliwiona pacjentka wchodzi do środka... A tam zastaje panią rejestrującą na badania ze stoickim spokojem siedzącą przy komputerze. To nic, że:
- badania się miały zacząć o 7:00 a jest już 7:15
- w kolejce czeka już koło 15 osób
- pani pielęgniarki jak nie było tak nie ma
Pacjentka: Przepraszam, czy można?
Rejestratorka [ze współczuciem w głosie]: Oj nie... Ponieważ nie ma pani pielęgniarki jeszcze...
Pacjentka: ? A kiedy będzie?
Rejestratorka: Oj nie wiadomo...
Pacjentka: Jak to?
Rejestratorka: Pani pielęgniarka ma... yyy... awarie... Nie możemy się do niej dodzwonić.
Pacjentka: To nie przyjdzie inna pielęgniarka?
Rejestratorka: Pani kierowniczka pielęgniarek przyjdzie aby zdecydować, czy (!) inna pielęgniarka może ją zastąpić...
Pani kierowniczka pielęgniarek nie zjawiła się przez kolejne 15 min. Wyszłam, aby nie ulec awarii psychicznej co najmniej, z podziwem mierząc wzrokiem kolejkę czekających przeoptymistów ;-)
I tu przypomniał mi się tekst koleżanki, która mimo lęku wysokości dała się namówić na jazdę wyciągiem krzesełkowym:
"K**wa!!! I ja jeszcze za to płacę!!!"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz