niedziela, 13 czerwca 2010
Historia Złotego Bażanta
Bratysława, ostatni dzień delegacji. Rano trzeba się wymeldować z hotelu jeszcze przed pracą.
Pakowanie teoretycznie w stronę powrotną zawsze jest łatwiejsze - wymagana mniejsza dbałość o to co się zemnie, co się nie zemnie etc... I raczej mniejszy bagaż... Jednak mimo wszystko do swego bagażu głównego nie mogę wepchnąć Złotego Bażanta, który został mi z wczorajszego dnia... Torba z laptopem? - średnio - to miejsce też już wykorzystałam... Ale właściwie dochodzę do wniosku, że chodzi tylko o to, aby to piwo donieść do samochodu i wsadzić nawet luzem do bagażnika...
Jednak trzeba niestety po drodze zahaczyć o recepcję... i nie wyglądać przy tym jak nalogowy alkoholik, przed 8 rano w ręce z piwem. Toteż postanowiłam wziąć:
1) Prawa ręka - laptop na ramieniu + w ręce bagaż główny
2) Lewa ręka - Złoty Bażant... ale zawinięty w sweter, który jak gdyby nigdy nic frywolnie zwisa na przedramieniu (...)
Recepcja
Oddajemy karty do pokojów... Płacimy...
Kolega [do Pani]: of course the invoice should be issued for a company... [i zwracając się do mnie] a Ty już masz fakturę?
Ja: Tak, ja już na początku zapłaciłam i poprosiłam o fakturę
Kolega: ale na firmę masz fakturę?
Ja: yyy... no jasne, że tak.... choć... w sumie pamiętam, że moje nazwisko tam też widziałam...
Kolega: To sprawdź to lepiej, bo potem tego nie rozliczysz...
Ja [wizja w myślach, jak nie dostanę zwrotu za noclegi]: Sprawdzam!
Rzucam bagaż na podłogę, otwieram torbę z laptopem i szukam faktury... Jest... Co prawda moje nazwisko się tam też przewija, ale oczywiście faktura jest na firmę :-]...
Ja: Na firmę :-]
Chowam fakturę, zamykam torbę, biorę do prawej ręki bagaż, do lewej sweter... ale... czegoś mi brakuje... A tak! Złoty Bażant, który stoi gdzie? Na ladzie repcepcji bezpośrednią przed Panią z recepcji (!) Oczywiście byłam tak zaaferowana szukaniem faktury, że nawet nie pamiętam jak się tam znalazł... :D
Po pracy jedziemy do Polski...
W Krakowie, przesiadam się do taxówki. Na tylne siedzenie obok siebie rzucam bagaż, laptopa i sweter... Po czym moje "dobry wieczór" zagłusza dźwięk rozbitego szkła... To bażant - niestety, po 5 godzinach jazdy ta przesiadka go zabiła. Zginął śmiercią tragiczną na parkingu...
Taksówkarz [lekka konsternacja]: Co to było?
Ja: hm... nic, pamiątka z delegacji
Taksówkarz [ze współczuciem]: ojej... coś cennego?
Ja: nie... tylko piwo...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz