Kontrole biletów zdarzają w najbardziej niedogodnych momentach - najczęściej, gdy torebka wypchana po brzegi, a bilet, no cóż... na samym dole...
Once upon a time:
Kanary: Dzień dobry, proszę przygotować bilety do kontroli.
Zatem podejmuję następujące next stepy:
1. Otwieram torebkę ("wypchaną po brzegi") - biletu z góry ni widu - to by było zbyt proste
2. Wyciągam mleko łaciate 3,2%, poj. 1l (przecież nie zacznę dnia w pracy bez kawy :P)
3. Następnie kalendarz "podręczny" na cały rok - format A4
4. Następnie książkę kucharską 101 wypieków na Boże Narodzenie (akurat wiozłam na życzenie którejś z moich koleżanek w pracy)
5. Następnie tortownicę (ale spokojnie - taką mniejszego formatu :P)
To by było na tyle z grubszego asortymentu (też nie wiem jak to tam weszło, really)
Widzę, że jakiś gość, który siedzi obok z niemal wstrzymanym oddechem obserwuje moje poczynania w poszukiwaniu biletu. Jednak suspense jest zbyt duży i facet nie wytrzymuje:
Gość: I co? I co? Będzie? Będzie?
Ja: ?! Raczej...
Wyjmuję telefon, kartę magnetyczną, jakieś papiery (w tym o! niezapłacony rachunek za internet - "a tak szukałam...") - facet obok już prawie chwyta się za serce - tyle emocji wydają się go kosztować moje poszukiwania ;-)
Przeglądam przegródki... i oooo... cóż ja widzę? "Kolczyk, który już spisałam na straty! :-)))"
Gość [rozglądając się dookoła]: o! już kogoś złapali! wow! dwóch złapali!
No... to już nie muszę szukać... ;-)))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz