Czasem, żeby docenić i zrozumieć, że potrzeba nam czegoś lepszego, wypróbowujemy najpierw wszystko to co najgorsze. Tak miałam z otwieraczem do wina. Musiałam kupić
1) Otwieracz z 50% skutecznością otwierania (drucik + drewniana rączka), którym trzeba było wyszarpywać korek a w momentach krytycznych oddawać go jakiejś męskiej ręce w celu dokończenia rytuału otwierania...
2) Otwieracz z 90% skutecznością otwierania (mocnieszy drucik + drewniana rączka + podpórka o gwint powodująca możliwość samodzielnego otworzenia, biorąc pod uwagę, że profesjonalnie drucik został wprowadzony w korek - inaczej trzeba go było wkręcać jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze nieustannie pogłębiając ryzyko uzyskania efektu trocin (z korka) w otwartym winie)
3) Aż wreszcie ten jedyny, wymarzony - 100% skuteczność, nie wymagająca specjalnej siły, precyzji ani męskiej ręki (wkręcany, z dwoma podpórkami/podważnikami) powodująca automatyczne usunięcie korka w kilka sekund!
Postanowiłam wypróbować to "cudo" i pochwalić się bratu, który krytykował mnie za wcześniejsze zakupy...
Ja: A wiesz, kupiłam taki świetny otwieracz do wina! Usuwa korek od ręki!
Brat: A gdzie jest? Otworzę wino...
Ja [podając i widząc zdziwiony wyraz twarzy Brata]: Raz go w sumie użyłam narazie... Nie mam pojęcia jak usunąć ten korek z otwieracza...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz