Tak sobie myślę, że św. Antonii musi być chyba moim osobistym patronem, bo nie wiem jak to się dzieje, że historie z zagubionymi przeze mnie rzeczami na ogół kończą się dobrze (odpukać!)
Po telefonie, kluczyku do samochodu i innych sensacjach przyszedł czas na... portfel, a w nim:
- cash w zł
- cash w euro (bo przecież miesiąc temu wróciłam z delegacji i nie zdążyłam wyjąć jeszcze...)
- karta kredytowa
- karta bankomatowa
- karta taksówkowa
- dowód osobisty
- prawo jazdy
- i pare innych ciekawych informacji etc.
"Winowajcą" tej sytuacji była karta do drzwi w pracy, którą chwilowo nosiłam... również w portfelu....
Toteż rano postanowiłam jej poszukać zanim wejdę na piętro, w którym mieści się firma, w której pracuję.
Usiadłam na ławce w holu, wyjęłam portfel... Nie było jej tam, ale znalazła się w kieszeni. Zadowolona ruszyłam do windy.
Następnie spędziłam fantastyczny 8h czas na szkoleniu. W przerwie obiadowej nie miałam czasu jeść, więc nie miałam też potrzeby używania portfela. Poczucie niepokoju związane z jego brakiem przyszło około godz... 16.30 kiedy wychodząc z pracy postanowiłam znowu schować kartę wejściową do portfela...
Kolega: O co chodzi?
Ja: Chyba zgubiłam portfel?
Kolega: Jak to? Niemożliwe! Musi być gdzieś w Twojej torebce...
Ja: Nie ma... Chyba... [tu przyszło olśnienie...] zostawiłam go na dole na ławce... rano!
Kolega [z niedowierzaniem]: To chodź, spytamy na dole w ochronie?
Ja: Głupio mi tam iść...
Kolega: Dlaczego?
Ja: Kiedyś już ich pytałam czy nie znaleźli kluczyka do samochodu...
Kolega: No... To już przynajmniej masz odpowiednią opinię...
Cytując moją ostatnio ulubioną pisarkę: „Święty Antoni, nie bądź takim fajtłapą! Albo się jest cudotwórcą, albo nie!” :D
OdpowiedzUsuń