wtorek, 19 lipca 2011

Słone koszta leczenia

A w gabinecie, do którego udało mi się dostać po wypisywaniu "polskiego zwolnienia Hiszpanowi" po 15 min, lekarz tuż po pogawędce jakie języki zna, jakich nie, narzekaniu jak to się nie mógł dogadać z Hiszpanem, rozpoczął dogłębny wywiad o przebytych chorobach w rodzinie, nałogach (tu otrzymałam nawet "pozwolenie na picie wina i piwa, a zakaz picia wódki bo cytując "od wódki rozum krótki"). Trwało to tyle, że za oknem się zdążyła rozpocząć ulewa i grzmoty, co zostało skwitowane troską "ojej, jak pani teraz wróci" itd.
Po tym wszystkim mogłam wreszcie opowiedzieć co mi dolega. Moja wypowiedź zajęła z pół minuty.
Potem lekarz otworzył jakąś dziwną książeczkę - jak obczaiłam z kodami chorób... i kolejny czas spędził na szukaniu właściwego kodu choroby... No nic. Byłam oazą spokoju, choć zaczęło się już we mnie powoli gotować...
I wtedy wśród złowieszczych grzmotów za oknem rozległa się wypowiedź przeszywającego wzrokiem lekarza.
Lekarz [biorąc do ręki bloczek z receptami i przeszywając mnie wzrokiem]: Będzie to panią drogo kosztowało...
Ja: Hmm... No trudno... A ile mniej więcej?
Lekarz: Oj... W sumie... Nie wiem dokładnie. Ale muszę pani przepisać dwa opakowania. Jedno nie wystarczy w mojej ocenie.
Ja: ...
Lekarz: Ewentualnie mogę np. wypisać 2, a pani sobie wykupi 1 i zrobi odpis z recepty i zrealizuje 2 jak braknie...
Ja: OK
Lekarz: Ale... Będzie to panią drogo kosztowało...

(...)

Wychodzę z gabinetu prosto do apteki. Podaję farmaceucie receptę...
Ja: A może mi pan powiedzieć, jaki jest mniej więcej koszt tego leku?
Farmaceuta: Jasne, już sprawdzam.... 16 zł... Za dwa opakowania łącznie.

Myślę... Nie chcę się chyba nad tym zastanawiać...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz